|
Portret poety sonetem malowany: Jan Stanisław Skorupski, POTEM,
Pisać o poezji Jana Stanisława Skorupskiego (dalej JSS) nie jest łatwo. Przekonałam się o tym dopiero wówczas, gdy po przeczytaniu kilkuset sonetów z tomów: TEMPO, AKURAT, CHOCHOLENIE, POTEM wpadłam na ten nie do końca przemyślany pomysł. Trudności wiążą się z tym, że w większości sonetów autor nie zawsze chce wyraźnie odsłonić przedmiot swoich przemyśleń, zwłaszcza adresowanych do osób na ogół znanych w określonych środowiskach. Wielowątkowość poruszanej w jednym sonecie tematyki również nie ułatwia odbioru treści. Konieczność dociekania, głębszego zastanawiania się nad poszczególnymi, o bardzo skondensowanej treści zdaniami zamkniętymi w dziewięciosylabowe wersy z przerzutniami i bez znaków interpunkcyjnych wymaga myślowego wysiłku, co nie każdemu odpowiada. Interpretację wielu sonetów utrudnia także nieznajomość kontekstu pozaliterackiego, który zainspirował poetę do pojęcia takiego, a nie innego tematu. Ponadto rozumienie treści większości sonetów uwarunkowane jest posiadaniem dość rozległej wiedzy. Przykładem może być sonet „19 marca” (dalej tytuły będę oznaczać cyframi arabskimi, np. 19.03):
zabito innych a ja żyję czy mam mieć wyrzuty sumienia jak stłumić koszmarne wspomnienia tę tajemnicę w sobie kryję
„Stara baśń” „Ulana” „Krzyżacy” ostatni przystanek genewski „Zmarł Józef Ignacy Kraszewski wielki pisarz i tytan pracy”
śniadanie i spacer do banku „ryzykuj gdy chcesz być bogaty” zbłaźniłeś się „panie kochanku”
gdy szukam wyjścia z labiryntu do głowy się cisną cytaty odróżnij różę od hiacyntu”
Pierwsza zwrotka ujawnia rozmyślania podmiotu lirycznego na temat pytania, czy ten, kto był wśród zabitych, a przeżył, powinien mieć z tego powodu wyrzuty sumienia. Druga wiąże się z przeczytanym artykułem o śmierci J. Ig. Kraszewskiego. Stąd wyliczenia tytułów czytanych w dzieciństwie jego powieści, co wynika z innego sonetu, i wzmianka o ostatnim przystanku genewskim. Nie każdy czytelnik pamięta, że właśnie w tym dniu, w Genewie Kraszewski zmarł. Trzecia strofa zawiera informację, że podmiot liryczny po śniadaniu idzie spacerkiem do banku załatwić być może jakąś ryzykowną transakcję, a w drodze rozmyśla o tym, co ujawnił w pierwszej i drugiej zwrotce. Puenta „gdy szukam wyjścia z labiryntu” odsłania, że ma jakieś problemy i szuka najlepszego rozwiązania, co nie zawsze się udaje, gdyż trudno odróżnić różę od hiacyntu, oba kwiaty pięknie pachną, tylko że jeden kłuje. Jak widać, pobieżne przeczytanie tego sonetu może prowadzić do fałszywego twierdzenia, że sonetowi brak spojności, że treści poszczególnych zwrotek niewiele wspólnego mają ze sobą, a tak przecież nie jest. Człowiek zjadł śniadanie, przeczytał artykuł związany z rocznicą śmierci Kraszewskiego, potem idzie do banku załatwić jakieś sprawy, a w drodze rozmyśla o różnych sprawach. Podobnie jak i w tym sonecie, autor często wykorzystuje różne powiedzenia, przysłowia, cytaty, które tylko pozornie nie mają związku z tematem wiersza. To również sprawia pewną trudność w rozumieniu treści. Wiersze JSS zaintrygowały mnie przede wszystkim liczebnością. Rozbudziły ciekawość, czy w takiej masie, choćby tylko jednego tomu (np.366 w POTEM) jest możliwe, by nie było powtórzeń. Rzeczywiście nie znalazłam ich poza drobnymi wyjątkami, które mają swoje uzasadnienie, np. wyrażenie „choroba nadmiaru wolności” powtarza się, ale w różnych kontekstach. Każdy sonet jest taki sam pod względem budowy, lecz inny w zakresie tematyki. A tematyka jest bogata, jak bogaty w wydarzenia jest każdy dzień, bo JSS to bystry i niezmordowany obserwator wszystkiego, co aktualnie się dzieje i co się kiedyś działo. Na równi interesują go zdarzenia znaczące i błahe, publiczne i prywatne, osobistości i spotkany na ulicy kloszard, przyroda i polityka – po prostu wszystko. Swoje spostrzeżenia, przemyślenia, uwagi, odczucia zamyka w 14 wersowym wierszu i w ten sposób dzieli się nimi z czytelnikiem. Sonety JSS to nie tylko poetycki zapis życiowych zdarzeń, z którymi się zetknął, o których słyszał czy czytał, ale to również obraz jego osobowości: wrażeń, zachowań, postaw, poglądów. Tak właśnie odbieram zupełnie przypadkowo wybrany cykl sonetów z tomu POTEM. Nie zamierzam analizować ani kolejnych, ani wybranych wierszy pod względem treści, ale wykorzystuję je, by dotrzeć do wnętrza autora, poznać jego historię, myśli, poglądy. Chociaż w niewielu sonetach jest podmiotem lirycznym, to jednak przez ukazanie własnych przemyśleń na dany temat wyraża siebie. Sonety zawarte w tomie POTEM JSS pisał w okresie dojrzałym. Za sobą miał już dzieciństwo, młodość, wiek średni i bogate doświadczenie życiowe. Właśnie dlatego na przeszłość mógł spojrzeć z dystansu i zachować go w stosunku do spraw bieżących, które budziły jego zainteresowanie. Poznajemy go w okresie, gdy w środowisku artystycznym jest znanym poetą, na stałe mieszka w Zurychu z żoną Barbarą, wiedzie ustabilizowany tryb życia (2.01;9.01;29.01.). Sonetów poświęconych swemu prywatnemu życiu nie zgrupował w jednym miejscu ani nie ułożył w porządku chronologicznym. Jedynie w tzw. wieńcu sonetów, obejmującym 15 wierszy od 1 do 15 listopada, kreśli obraz swego dzieciństwa. Do wejrzenia w ten okres zainspirowała go nadesłana stara fotografia, na której uwieczniono jego samego, młodszego brata, rodziców i w tle przecięty w kadrze obraz Ingrid. Zdjęcie jest też dokumentem zasobności rodziny: autor w przykrótkim ubranku, w marynarce spiętej agrafką, ale w błyszczących butach (13.11), ojciec w mundurze, lecz bez krawata, matka w przedwojennych rzeczach, brat w rogatywce Władka Lejczaka, który później z psotnika awansował na pułkownika. Zresztą już wówczas dobrze się zapowiadał, gdyż posiadał pozytywkę i aparat fotograficzny, „co było wtedy wielką sprawą „tworzyło wymiar polityczny” (2.11). Na twarzy ojca, pisze autor, widać wyraźne zmęczenie wojną, u matki zatroskanie, ale u brata radość, a on sam na moment robienia zdjęcia zapomniał o wiszącej nad nim groźbie kary (3.11). Z sonetu „1 listopada” wynika, że JSS wraz z rodziną przyjechał na Ziemie Odzyskane w 1945 roku. Rodzina osiedliła się na Dolnym Śląsku w Kniaziowicach, które wcześniej nazywały się Knischwitz, a później Księżyce. W tamtych czasach nazwy miejscowości zmieniały się wraz ze zmianą sytuacji narodowościowej. Zamieszkali w poniemieckim domu, w sąsiedztwie Niemców, którzy jeszcze czuli się u siebie, a Polacy byli już wygnańcami. Wkrótce sytuacja uległa zmianie. Niemcy dowiedzieli się, że będą wysiedleni, że pojawią się znani, złośliwi szabrownicy i odbiorą im dobytek. Rodzice nie akceptowali tego. Nie mieli też poczucia stabilizacji: „my też nie czujemy się u siebie”(3.11). I rzeczywiście nadszedł dzień rugowania Niemców z domostw. Komisarz z sołtysem pozwolili im zabrać, co się dało, ale na stacji w Strzelinie zostali ograbieni z wszystkiego, zabrano im nawet ubrania. Protesty ojca poety nie skutkowały, nie znalazły poparcia u miejscowej władzy (4.11). Na uwagę załuguje spostrzeżenie autora-dziecka: wyjeżdżający Niemcy zdążyli zaprzyjaźnić się z osiedlonymi Polakami, bo oto: „na koniec czułe pożegnanie”. Opuszczając swoje domy, nie płakali, zachowywali się godnie. Tak zwyczajni, prości Niemcy płacili za hitlerowskie obozy - konkluduje autor (4.11). Czas nie zdołał zatrzeć ostrości przeżyć. Później często nurtowało go pytanie: „czyż można im wszystko wybaczyć” (14.11;15.11). Chodziło o Niemców , których znał jako przyzwoitych ludzi, a którzy w okresie wojny i okupacji okazali się mordercami. Uważa, że wojna wypacza ludziom charaktery (14.11). Po wyjeździe Niemców w Księżycach zostali „sami swoi”, ale nie czuli się całkowicie bezpiecznie, bo oto odkryli, że już kiedyś byli tu Polacy: „w kościele książki w dwóch językach”, swastyki, pałki do bicia, „szkielety w drewnianych trzewikach” (5.11). I rzeczywiście po jakimś czasie w odwiedziny przyjechali Polacy, którzy byli tu więźniami. Mimo morderczej pracy, głodu i bicia przeżyli, co graniczyło niemal z cudem (14.11). Zachowały się też ślady walk – wieża kościelna podziurawiona pociskami. Istniała obawa, że historia może się powtórzyć, dlatego autor pisze „żyjemy zagubieni w ciszy”(5.11). Jak można przypuszczać, będąc jeszcze dzieckiem, poeta niezbyt dobrze rozumiał, co się działo, ale już wtedy czuł, że nie wszystko było takie, jak wyglądało. Odczucia chłopca potwierdzały tajemnicze wyjazdy ojca do Warszawy, Wrocławia, Katowic, Krakowa; ukrywanie się, załatwianie dziwnych spraw, przywożenie do domu zeszytów, książek, których czytanie zabierało małemu Stasiowi nie tylko dnie, ale i noce, choć nie odróżniał jeszcze fikcji od prawdy (6.11). Zróżnicowaną społeczność osiedleńczą klasyfikowano według przejawianych postaw i zachowań. I tak: „zza Buga’ – pobożni, lecz zawistni, Mazurzy – złośliwi i zadziorni, Francuzi – przeważnie komuniści i zawsze działający na przekór, jak choćby wtedy, gdy celowo zanieczyścili ulice tuż przed przyjazdem biskupa, co autorowi bardzo się nie podobało (7.11). Mimo podobnych incydentów życie towarzyskie kwitło: w każdą niedzielę spotykali się na zabawie, na huczne wesela często zapraszano wszystkich. Chłopiec przyglądał się uciechom dorosłych, a może i sam w jakimś stopniu brał w nich udział, skoro pisze: „komunia ten rozdział zamyka”. Zapewne chodzi o przyjęcie I Komunii Św., która kładła kres bezkarności za zerwane w cudzym sadzie czereśnie czy też inne chłopięce przewinienia, z których należało się spowiadać (8.11). Znaczącym wydarzeniem w tamtym okresie życia autora sonetów z POTEM był 1 września 1945 roku, czyli rozpoczęcie nauki szkolnej. Tuż po uroczystym otwarciu nauczyciel zadał uczniom pierwsze ćwiczenie, tj. odwzorowywanie z tablicy trzech słów: „Ala i As”, po czym zamknął ich w klasie, a sam udał się na przyjęcie dorosłych, suto zakrapiane alkoholem przy wtórze pieśni o I Brygadzie i makach spod Monte Cassino. Uwięzione dzieci płakały, niektóre siusiały w spodnie, ale nikt o nich nie pamiętał, nawet rodzice (9.11). Kolejne szkolne wspomnienie autora wiąże się z klasą II, w której uczył Michał Hull. Jego imię stało się powodem powtarzania wiersza „Dwa Michały”. Lekcje rozpoczynały się modlitwą odmawianą na stojąco. Jednego razu w czasie jej trwania Staś Skorupski uszczypnął kolegę. Ten zareagował jakimś okrzykiem, za co sprawca zamieszania oberwał piórnikiem „w łapę”. Kary typu; „w łapę”, „w tyłek” były codziennością i nie budziły sprzeciwu, buntu nawet u samych uczniów, skoro poeta wyznaje, ”kochałem jednak swego pana”, choć „czasem pił wódkę już od rana” (10.11). Z opisanych zdarzeń wynika, że JSS w dzieciństwie zachowywał się jak każdy inny chłopak w jego wieku, tzn. skory do psot, twardy w przyjmowaniu kary i nie jak każdy tolerancyjny wobec wad kogoś, kogo lubił. W szkole należał do drużyny zuchowej. Początkowo nosił błękitną chustę, ale potem nagle zmieniono ją na czerwoną, co nie podobało się rodzicom. On sam nie rozumiał ich oburzenia. Po jakimś czasie usunięto ze szkoły modlitwę, zaczęto inaczej się pozdrawiać. Jednym słowem nastąpiły zmiany, którym się podporządkował. Czuł, że jest coś nie tak, lecz nie wiedział, co. Dlatego nie smucił się, gdy opuszczał szkołę (11.11). Przyglądając się uważniej starej fotografii, dostrzega w jej rogu ciemną plamkę i przypomina sobie, że rzucał ją cień kamienia, którego już w tym miejscu nie ma, tak jak nie ma osób ze zdjęcia. Pozostał jedynie dom. Te bolesne wspomnienia nie pozwalają mu cieszyć się pełnią życia, osłabiają pęd do radosnego, szczęśliwego świata: „mam żagiel sumieniem przekłuty” (13.11). Może właśnie dlatego uwielbia włóczęgę po górach, bezdrożach, lasach. Zmęczenie i bliski kontakt z przyrodą stanowią pomost łączący go z okresem dzieciństwa. Dochodzi do wniosku, że choć los nie zawsze był dla niego łaskawy, gdyż sukcesy przychodziły powoli, leniwie i najczęściej wygrywał ktoś inny, co nie było przyjemne, to jednak on sam się nie zmienił. Na całe życie pozostała mu uśmiechnięta twarz chłopca z fotografii: „taki byłem jestem i będę”, „lecz uśmiechu się nie pozbędę” (12.11). Przedstawione w sonetach zdarzenia i myśli z dzieciństwa nazywa „koślawą biografią” (12.11). Młodość też miał niełatwą, bo niby była wolność i swoboda, to jednak czuł się jak ptak zamknięty w klatce. Musiał żyć, jak kazano, zawsze wbrew sobie, np. kazali śpiewać odę na cześć „wodza narodów”, „Karliczka”; z życiowej konieczności wstąpił też do „Antypartii”, w której był i „pionkiem” , i „prezesem na szczycie”. Dziś nie jest z tego dumny i nie weźmie za złe tym, którzy po jego śmierci będą szeptać, że był „maruderem”, gdyż zawsze wlókł się w ogonie (10.02). Zdarzenia z młodości są skromne i niepełne, bo też pisanie biografii sonetem nie leżało w zamyśle autora POTEM. Jednakże tu i ówdzie pojawiają się wzmianki o tym, co okazało się w dalszym życiu znaczące. Tak np. wspomina swój egzamin maturalny, na którym otrzymał temat: „Rola nauczyciela w Polsce w świetle przemówienia Bieruta” . Z jakiegoś wewnętrznego nakazu nie otworzył nawet ust, mimo że temat znał niemal na pamięć. Nauczyciel Żyłka wiedział o tym i naciskał, by „recytował”, ale on uparcie milczał. Z opresji wybawił wychowawca Ludwik Toporowski i tylko dzięki niemu otrzymał świadectwo maturalne (23.03). Był nauczycielem. Uczył wiedzy o Polsce i świecie współczesnym: „mówiłem z patosem bolesnym w pozycji nadzwyczaj wygodnej” ; zamiast wykładać propedeutykę filozofii, prowadził z młodzieżą zajęcia z żeglarstwa na pontonach i łodziach. Wszystko to dziwiło wizytatorkę i otrzymał odpowiednią zapłatę: musiał ze szkoły odejść. Mówi o tym z goryczą: „do łodzi wsiadłem bez załogiświat stanął otworem obszerny zaczęły krzyżować się drogi” (13.05). Owo krzyżowanie się dróg można rozumieć jako podejmowanie pracy w różnych zawodach. Wspomina, że pracował jako artysta metaloplastyk, także jako „twórca biżuterii”, „instalator w polskiej galerii”, „i jeszcze sto innych pieczęci” (13.03). Odbywał również ćwiczenia wojskowe. Po zakończeniu tych ćwiczeń w nagrodę dla najsprawniejszego żołnierza od płk. Kazimierza Czarnego otrzymał zestaw przyborów do pisania firmy Parker. Jest przekonany, że był to znak na drodze przeznaczenia: miał być nauczycielem, a został pisarzem (18.12). Różnorodność podejmowanych zajęć sprawiała, że JSS dłużej lub krócej przebywał w wielu miastach Europy. W sonetach tomu POTEM wymienia Warszawę (stałe miejsce pobytu), Berlin, Graz, Zurych (19.04), Paryż (26.10). Bardzo cierpko wspomina kontakty z konsulami, którzy oczekiwali od niego hołdów, a kiedy ich zawiódł, okazywali mu lekceważenie. Po latach uczestniczyli w promocyjnym bankiecie poety, nadrabiali miną, tylko że on ich teraz nie potrzebował (20.10). Nie było go w Polsce w okresie stanu wojennego, a kiedy potem wrócił, w życiu polityczno-społecznym kraju nastąpiły zmiany, których nie akceptował. Dlatego podjął decyzję opuszczenia go na zawsze. Na stałe zamieszkał w Szwajcarii, gdyż: „znalazłem w Alpach cichy szałas” (16.08). I tak oto Szwajcaria stała się jego drugą ojczyzną, bo uważa, że człowiek ma prawo do wyboru ojczyzny (29.08). Zatrzymał się w Zurychu, choć życie w tym mieście jest drogie, ale za przepych trzeba płacić (12.02). Na Szwajcarię patrzy jak na krainę z baśni, w której Bóg umieścił pejzaż czterech kontynentów: góry, leśne kotliny, lodowce, jeziora, rzeki i wszystko, co najpiękniejsze na Ziemi. Jest nią zachwycony. Żartobliwie konkluduje, że kraj ten jest efektem przemęczenia Boga przy tworzeniu świata (20.05). W oczach poety Szwajcaria to również „kraj mlekiem i miodem płynący”, „serem słynący” (20.05), a jego sukcesy, jako kraju niezależnego, wynikają z braku „personalnych ekscesów”. O wszystkim decyduje gmina i w ten sposób każdy ma w zarządzaniu swój udział (27.10). Dostrzega jednak i pewne minusy w tym pięknym i sprawiedliwym kraju, gdyż i tu zdarzają się jakieś wykolejenia, np. niezależna szwajcarska prasa publikuje artykuły osób chwiejnych, niestabilnych politycznie, a Konfederacja Szwajcarska jest konserwatywna, bo: „skorupka nasiąka za młodu” (1.08). W Szwajcarii także w biały dzień napada się na banki (3.09), a policja, gdy nie trzeba, wykazuje nadgorliwość, także opacznie. Nie pochwala organizowanych każdego roku manifestacji „Street Parade”, gdyż niczemu nie służą , zostaje po nich jedynie sterta śmieci (17.08). Najbardziej boli go to, że choć Szwajcaria jest taka bogata także w artystów i naukowców, nie tworzy „pisarskiej husarii”, tj. czołówki artystyczno-intelektualnej. Dominuje racjonalizm. Okazuje się również środowiskiem plotkarskim (15.05). Wszelkie niedogodności życia w Zurychu chyba byłyby dla poety trudne do zniesienia, gdyby nie rekompensata w postaci związku z żoną Barbarą, Szwajcarką. JSS nie ujawnia wszystkich swoich związków z kobietami, ale też nie ukrywa, że Barbara jest drugą żoną, a przedtem była w jego życiu też jakaś Teresa, dla której śpiewał: „… legendę Berlina utkaną krakowskim hejnałem”, potem inna jeszcze dziewczyna (16.01) i młodzieńcza miłość do starszej, mądrej i pięknej Kazimiery, która w owym czasie przesłaniała mu cały świat, a dziś z tej miłości została jedynie tęsknota za „bujną młodością” (4.03). 23 grudnia, po 37 latach od pierwszego ślubu, w wieku 60 lat został prawnym małżonkiem młodszej od siebie Barbary. Jest świadomy, że w tym wieku, mając za sobą spory bagaż doświadczeń życiowych, rozpoczynanie życia w nowym związku nie jest sprawą prostą. Dlatego powinności małżeńskie hierarchizuje następująco: najważniejsza jest miłość, potem uczciwość, a nadgorliwość, cierpliwość, żarliwość umieszcza gdzieś pośrodku (23.12). Ślub z Barbarą zalegalizował ich pięcioletnie współżycie głównie z powodu nacisku biurokratów, gdy wystąpiła konieczność odtworzenia skradzionych dokumentów. Podkreśla jednak, że nie ożenił się z przymusu, a wolności i tak się nie wyzbędzie (26.06). Z Barbarą czuje się szczęśliwy i jest przekonany, że to szczęście trafiło mu się jak ziarnko w przysłowiowym „korcu maku”. Barbara to jasność rozświetlająca skraj ciemności, do której każdy wejść musi. Razem spędzają wszystkie wolne chwile, np. wigilię śpiewają kolędy, spożywają filety rybne, jak każe polska tradycja (24.12), świętują urodziny (17.12.), odbywają bliskie i dalekie podróże, wycieczki , np. jadą przed cudowny ołtarz w Fischingen podziękować za dobrobyt (13.03), rowerami pokonuja trasę 54 km do klasztoru, by się tam pomodlić i męczący dzień zakończyć wspaniałą ucztą (24.04), razem wędrują przez leśne urwiska, most wiszący nad Magią (1.05), zwiedzają , np. Galerię Wiejską w Zukenriet (10.04), wypoczywają, np. u Serba w Jugosławii (24.08) i wielu innych miejscach Europy. Barbara odwzajemnia nie tylko miłość i zawsze z uśmiechem czeka na jego powrót (21.08), ale i upodobania do włóczęgi, co utwierdza go w przekonaniu o swoim szczęściu i dlatego mówi: „dziękuję Barbarze że mnie ma”(25.09). Jest dla niej wyrozumialy i zawsze szanuje jej wolę, np. gdy Barbara nie ma ochoty na spacer, idzie sam (2.01), a kiedy zdarzy się, że musi dłużej zostać poza domem, a co gorsze ”czynnie” uczestniczyć w jakiejś towarzyskiej imprezie, nie jest z tego zadowolony i z lekką naganą mówi:
„prosiłem nie pij alkoholu źle działa na rozum i cerę a w domu psuje atmosferę”
i trochę złośliwie zaprasza ją na wykład o trzeźwości (9.01). Martwi się, gdy Barbarze coś dolega (27.09), lubi, gdy gotuje: „wszystko mi wtedy smakuje” (18.01) , liczy się z jej zdaniem, np. obawia się reakcji Barbary na prezent w postaci nowoczesnego telewizora od Wernera, który znalazł się w ich mieszkaniu, bo wie, że będzie temu przeciwna, ale w końcu ustąpi i razem zasiądą przed szklanym ekranem (21.03). Zajmują małe mieszkanko na poddaszu, urządzone skromnie, bez przepychu, ale uszczęśliwia ich bogaty i piękny widok z okna, wspólnie zaśpiewana piosenka, miłe wspomnienia z przeszłości (5.01). Każda wzmianka w sonetach o Barbarze emanuje tkliwością, oddaniem, troską, po prostu miłością bardzo subtelnie zaznaczoną, bez używania wielkich, utartych słów i zwrotów. A w ogóle JSS postrzega miłość jako nieodłączny element życia nie tylko jednostki, ale i całych społeczeństw. Narody zawierają umowy, pakty, by pomagać sobie w rozwiązywaniu problemów. Człowiek potrzebuje miłości i dlatego nieustannie jej szuka. Miłości nie można planować, przychodzi nagle i znika. Nie można jej też pielęgnować, a gdy jest nazbyt żarliwa, rodzi konflikty. Przetrwać może jedynie taka miłość, która z czasem przekształca się w przyjaźń i szacunek (24.05). Taka właśnie miłość łączy go z Barbarą. JSS potępia pornografię i wszelki wulgaryzm w sprawach intymnych, brzydzi się tym i tymi, co zdradzają sekrety swoich sukcesów miłosnych, co korzystają ze sprośnych podniet. Są to „maniacy, przeciętniacy, ponuracy” (7.01). Dlatego kpi z tzw. „porządnych” Szwajcarów uganiających się za względami pornistki Letycji (8.01). Odrazę budzą w nim i ci, którzy „zaliczają” kobiety, ale regularnie chodzą do kościoła, słuchają kazań. Często zmieniają żony (może w obawie przed samotnością?), z odrzuconymi pozostają niby w przyjaźni, co nie jest prawdą. Uważa, że jest to plugawe i obłudne (14.01). Nie akceptuje wszelkiej rozwiązłości, wyuzdanej miłości, którą można kupić za przysłowiowe „trzy grosze”. Uroda i miłosne rozkosze przeminą, smutek pozostanie (12.01) – przestrzega. Sonety z tomu POTEM mówią też o szerokich artystycznych zainteresowaniach JSS: układa melodie, śpiewa (4.10), gra (3.06), ale przede wszystkim pisze wiersze, jest poetą. Wyznaje, że w przeszłości pisał prozą i wierszem inaczej. Z czasem jego twórczość literacka uległa metamorfozie. Wie, że napisanych słów nie da się cofnąć, jak nie można zawrócić czasu. Był młody, miał tupet i śmiałość. Twórczość młodzieńczego okresu zostanie na „gruzach tamtego systemu” i wątpi, by ktoś dopatrzył się w niej choćby mikrobów wartości, ale ma nadzieję, że jego „przekorność socjalna” jest stała, przetrwa i stanie się zalążkiem nowych problemów (26.02). W wielu miejscach sonetów analizowanego tomu JSS mówi o swojej przeszłości, o okresie nim na stałe zamieszkał w Zurychu. Tak np. przyznaje, że w owym czasie był „koneserem jedzenia i picia” (13.03), nie stronił od alkoholu (2.10), co niektórym dało powód do twierdzenia, że lekko traktował życie. On sam uważa inaczej, wiódł pracowite życie i zawsze szedł prostą drogą (26.09) Możliwe, że czasami krzywdził tych, którzy chcieli mu pomóc, ale wówczas nie doceniał ich dobrych chęci (2.10). Przeszłości nie da się wymazać, ale zawsze można ją zweryfikować. Często jest tak, że te same zdarzenia po latach wywołują skrajnie różne interpretacje. Dawne zło okazuje się dobrem i na odwrót. Ponadto uważa, że na swój temat też „mam coś do powiedzenia” (24.02), a mówi, że była gorycz i osłoda, zawód i chęć zapomnienia, ciekawe przeżycia, lecz teraźniejszość, która wymaga pośpiechu, nie pozwala rozczulać się nad przeszłością (25.02). Przyznaje, że zmieniał poglądy (18.12) i wie, że popełniał błędy. Każdy je popełnia, lecz nie każdy ma odwagę publicznie się do nich przyznać, a JSS mówi o nich w swoich sonetach. Jak widać, JSS potrafi zachować dystans do swojej przeszłości i nie stara się ukrywać tego, z czego dziś może nie jest dumny, a to tylko dobrze o nim świadczy. JSS jest światowym rekordzistą w pisaniu sonetów. Od wielu lat pisze je każdego dnia, jeden lub więcej, zależnie od nastroju i bodźców, które go inspirują, a inspiruje go, jak już nadmieniałam, dosłownie wszystko: spotkania ze znajomymi, przyjaciółmi, pobyt w hotelu, w sanatorium, wycieczka, koncert, spektakl teatralny, audycja radiowa, artykuł prasowy, rozmowa w tramwaju, święta, uroczystości rodzinne itd. – po prostu codzienność, ale i przeszłość. Poeta nie zna problemu braku tematu do pisania. Widzi je: w domu, na ulicy, w teatrze, w kościele, w pociągu, w lesie, w grocie – wszędzie. Posiada taki dar. Dlatego jego sonety liczone są w tysiącach, co nie wszystkim się podoba. On sam często podkreśla, że nie pisze dla rekordu (28.08) ani też z przypadku czy wyrachowania. To przeznaczenie (2.12) i konieczność życiowa. Może nie mieć markowego ubrania, wygodnego biurka, ale pisania nie potrafi zaniechać. Ono stało się niezbędną potrzebą życiową (18.12), bez niego czuje się zagubiony (19.08). Jest przekonany, że talent poetycki i umiłowanie sonetu otrzymał w spadku od Petrarki, ponieważ urodził się w dniu jego urodzin i śmierci, tj. 18 lipca, tyle że 564 lata później. Użądliła go wtedy pszczoła, a dziadek wypowiedział prorocze słowa: „poetą zostanie” (1.04). Petrarkę uznaje za duchowego brata, który przekazał mu sekret pisania sonetów. Uważa się za jego kontynuatora (1.03), ale nie wiernego naśladowcę. Drażni go posądzenie, że chciał zostać petrarksistą (25.07). Petrarka pisał swoje sonety pod wpływem miłości do Laury, stąd mieszczą się w określeniu „miłosne”. JSS inspirują różne życiowe sprawy, teraźniejsze i przeszłe. Trudności w sprostaniu wymogom tego rodzaju wiersza zdopingowały do bardzo intensywnej pracy i także dlatego przekroczył normy pisania. Rekordzistą został z przypadku, w efekcie połączenia aktywności z emfazą dla formy (25.07). W liczbie napisanych sonetów i w tematyce prześcignął Mistrza, ale tak jak i on zostawi swój ślad w literaturze (12.05). Poeta przywiązuje wagę do dat. Uważa, że zbieżność dat w jakiś sposób łączy tych ludzi i być może ma wpływ na ich los czy też stanowi jakąś przestrogę. Tak np. jego zdaniem poezji Broniewskiego tak daleko do poezji Puszkina, jak brzezinie do dębu, to jednak połączyła ich data śmierci (10.02). 16 marca zmarła schorowana artystka, która nie miała łatwego życia, ale i ojciec poety. Dlatego datę tę kojarzy z czymś przykrym. Zdarzyło się i tak, że rumor przewróconego w nocy regału spowodował nie tylko bezsenność, ale wywołał przypomnienie zdarzenia sprzed 5-ciu lat, kiedy to w dniu o takiej samej dacie, jadąc z bratem do Berlina, trafili do Koszalina. Jest przekonany, ze nocny epizod z regałem to jakaś przestroga, tym bardziej że miało to miejsce w czasie przelotu komety Hale-Boppa, co zdarza się raz na 400 lat, więc musi mieć jakieś znaczenie (8.04). JSS pamięta wiele różnych dat dotyczących zdarzeń związanych z ważnymi dla niego osobami i stosownie do okoliczności poświęca im sonet dnia, np. 24.09 – urodziny Norwida, 25.10 – urodziny zmarłej matki, 16.03 – data śmierci ojca, 17.12 – urodziny Barbary itd. 20 czerwca przed czterema wiekami zmarł holenderski żeglarz-odkrywca Willem Barents. Uważa, że łączy go z nim upór w dążeniu do celu i zamiłowanie do żeglowania, które jest tak wielkie, że poeta zastanawia się, co stawiać wyżej: żagle czy poezję, gdyż to są jego dwie życiowe pasje (20.06). Być może, że takie przywiązywanie wagi do dat, może kogoś dziwić, ale i ono dowodzi, że JSS nie jest pospolitym człowiekiem, lecz oryginalnym poetą o bogatej osobowości. Z sonetów zawartych w POTEM wynika, że przede wszystkim nie jest człowiekiem próżnym, bo np. nigdy nie twierdził, że artysta jest lepszy od innych ludzi (2.10). Zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy akceptują jego twórczość, lecz to go nie zraża. Zna swoją wartość, swoje możliwości i nie oczekuje pochwał ni nagród, zwłaszcza gdyby jedynym miernikiem miała okazać się liczba napisanych wierszy czy też jego wiek (3.06). Nie chce być popularnym za wszelką cenę, „gwiazdorem z ulicznych folderów” (23.01). Między innymi dlatego konsekwentnie nie udziela wywiadów (23.01; 25.09 i in.), a w przyjmowaniu pochwał jest bardzo ostrożny, gdyż nie do końca wierzy w ich szczerość (29.02). Brzydzi się obłudą, której wszędzie pełno (18.07). Nad sławę przekłada wygodę (29.01) i nie pozwala narzucać sobie czyjegoś zdania: „sam rządzę swoimi myślami”, manipulować twórczością i być od kogoś zależnym (6.04). Zawsze jest wierny sobie, swoim przemyśleniom, przekonaniom, choćby miał się komuś narazić, a nawet ponieść odpowiednie konsekwencje (17.03). Wysoko ceni swą niezależność artystyczną, dlatego nie daje się wciągnąć do żadnego związku (18.04). Nie ugina się przed wydawcą, z którym musi się liczyć, bo trudno nakłonić go do zmiany zdania (14.08). Nie lubi też nikomu schlebiać, nawet przyjaciołom, którzy organizują mu odczyty, koncerty. Nie chce niczego udawać (14.02), choć sam przyznaje, że zdarza się, iż musi postąpić wbrew sobie, np. zamiast nowego wiersza pisze podanie do wydawcy, przytakuje przyjacielowi, żeby się nie obraził i równocześnie prosi Boga, by oszczędził mu takich konieczności (8.08). Ma odwagę głośno wypowiadać swoje odmienne zdanie w obecności osób wysoko postawionych. Tak np. swego czasu w gabinecie ministra kultury, będąc w towarzystwie sowieckiego gościa i agentki cenzury, z sympatią i uznaniem odniósł się do nieakceptowanej przez władze radzieckie (i polskie) twórczości Wysockiego i Okudżawy. Pod błahym pozorem opuścił gabinet (22.06), zresztą, jak twierdzi, nie chce rozmawiać ze szpiegami, bo zawsze mogą zdradzić (22.08). Ceni ludzi mądrych, oczytanych. Za przykład stawia redaktora Benedykta, z tytułem doktora, który jest autentycznym znawcą literatury i opinie buduje w oparciu o własne przemyślenia, a nie na powielaniu cudzych myśli, bo sam wie, co jest wartościowe. (28.01). Oburzenie poety wywołuje fakt, że wiedza nie jest należycie doceniana choćby poprzez gratyfikacje w postaci pieniędzy. Profesorowie są okradani przez cwaniaków, którzy żerują na ich osiągnięciach (28.02). Ma szacunek dla wiedzy dawnej i dawnych mędrców (3.07), ale i tych współczesnych, którzy swoją pracę wykonują solidnie, perfekcyjnie i nie dla nagrody (2.07). Dlatego oburza go lekceważenie osoby i jej pracy. Potrafi być wtedy nawet złośliwy, np. pewną akademię nazywa „gawiedzią” za to, że jej właściciel zlekceważył wysłane pismo, udzielając odpowiedzi „przez sekretarkę” (25.06), a niedoszłemu mecenasowi życzy; „aby mu ciągle drżała kasa”, bo nawet nie chciało mu się podpisać pisma (24.06), choć biurokracji, zwłaszcza nadmiernej, nie cierpi. Najczęściej zwykły człowiek jest wobec niej bezradny (4.07). Drażni go opieszałość w załatwianiu spraw pilnych (8.10), to znów zbyteczna nadgorliwość (11.09). W sonetach zaznacza to pejoratywnymi określeniami, np. konsulica, konsulik (13.09). JSS otwarcie wyznaje, że jest człowiekiem wierzącym; kreśli znak krzyża, chodzi do kościoła, w piątki stara się nie jadać mięsa (26.01;14.02). Wychowany w rodzinie katolickiej, jako dziecko modlił się do Matki Boskiej (7.06), wierzył w Boga. W okresie młodzieńczym, pod wpływem innego wychowania, odstąpił od modlitwy (15.08), stał się niewierzącym, gdyż „ktoś mi podsunął złe księgi”. Nie wstydzi się przyznać do błędu i ten okres życia umieszcza w rubryce ‘zdobywanie doświadczenia” (2.06). Z czasem przekonał się, że jednak jego życiem, losem kieruje Bóg. Dlatego nie obawia się ludzi, choćby najpotężniejszych. Pewność tę czerpie z tajemnicy istnienia i wiary (7.12), a także z przekonania, że tylko Matce Boskiej zawdzięcza powrót do zdrowia (15.08). Wie, że kiedyś stanie przed Bogiem i będzie mógł Mu powiedzieć, że ci, co kiedyś od niego stronili, także bronili boskich wartości, np. domagali się życzliwości dla drugiego człowieka, pomocy i współczucia cierpiącym (16.02). Jest wdzięczny Bogu za dar życia (25.09) i wierzy w Jego sprawiedliwość, która przejawia się m.in. tym, że wszystkich równo obdzielił śmiercią – największą tajemnicą świata (2.06). Pod tym względem zrównał biednych i bogatych, Ojca Świętego i kloszarda. Śmierci nie przekupi ani minister zdrowia, ani prezydent. Często losy i sprawy ludzkie wiążą się ze sobą w sposób niezrozumiały dla człowieka. Tajemnicę tej łączności zna jedynie Bóg. Człowiekowi pozostaje jedynie obawa, że nic po nim nie zostanie, jak po Berlińskim Murze, jak mity po bohaterach dawnych czy współczesnych, np. „wodzów Solidarności” (17.09). Święta kościelne, które szanuje, skłaniają go do snucia różnych refleksji. Tak np. Boże Narodzenie uważa za największą w historii ludzkości rocznicę narodzin „Człowieka Wszechświatów Arcypasterza Buntownika” (1.01), a tajemnica Wielkiego Czwartku, wg poety, tkwi w chlebie i winie, jak zawsze skutek w przyczynie (27.03). Wielki Piątek ukierunkował myśli poety na temat zabijania, męczeństwa, współczucia, szlachetności. Analizując sceny z ostatnich godzin życia Chrystusa, dochodzi do wniosku, że właściwie śmierć Chrystusa szczerą litość wzbudzała tylko w masach, u ludu, a męczeństwo nie dodawało odwagi apostołom (zaparcie się Piotra). Zabijanie przetrwało do dziś, współczucie wykazują jedynie esteci, szlachetność żyje w mitologii i poezji nieżyjących poetów (28.03). Zastanawia się też, dlaczego w Ewangelii brak informacji, co działo się w Wielką Sobotę. Po klęsce nastąpiła cisza, by następnego dnia przejść w zwycięstwo. Zwyciężył symbol: puste miejsce w grobie, czyli nie siła i nie męstwo. Dlatego uważa, że wypełnianie tego dnia przygotowywaniem „święconego” jest niejako profanacją, bo: „nie każdy wytrzymał czekanie „niejeden przeżył konsternację nim przyszło wreszcie Zmartwychwstanie”; nie każdy umie czekać na zwycięstwo (29.03). Autor sonetów POTEM jest zdania, że Biblię należy szanować, ale interpretować współcześnie, z doświadczeń dawnych mędrców korzystać ostrożnie (3.07), a modlitwie słowa są niepotrzebne, brzmią wulgarnie, bo burzą nastrój niezbędny w przeżywaniu. Skupienie modlitewne przed świętym obrazem wystarcza (1.01). Z analizy sonetów wynika, że JSS jest też człowiekiem tolerancyjnym. Uważa, że symbolom różnych wyznań religijnych należy okazywać szacunek. Nie trzeba ich niszczyć ni poniżać. Jeśli się ich nie akceptuje, lepiej milczeć (10.09). On sam szanuje cudze poglądy i tego samego oczekuje dla siebie (18.06). Jego zdaniem, człowiek nie powinien uciekać od wiary. Wtedy życie staje się znacznie trudniejsze, gdyż mogą pojawiać się koszmary, poczucie przestępstwa, zdrady. Ponadto bez opieki Boga człowiek staje się bezwolnym kamieniem toczonym nurtem rzeki (14.06). Jak widać, JSS to człowiek o wysoce refleksyjnej osobowości. To, co dla wielu jest oczywiste, przyjmowane niejako automatycznie, u niego budzi głębokie przemyślenia. Poeta kocha życie i potrafi się nim cieszyć, czuć się szczęśliwym każdego dnia (19.08). Z optymizmem patrzy w przyszłość (10.02), choć miewa chwile, kiedy wszystko go drażni lub pojawia się uczucie pustki (17.07) i czuje wewnętrzne rozdarcie (4.01). Różne frustracje pokonuje lampką szampana, ale się nie upija, gdyż lubi w nowym dniu (13.12) ochoczo budzić się do życia. Uważa, że życia nie należy marnować, a zwłaszcza brutalnie skracać, jak to zrobił, np. Wieniawa. Po latach nikt nie będzie pamiętał choćby najwznioślejszych motywów tego desperackiego kroku (1.07). Uwielbia ciszę i spokój, zwłaszcza gdy jest w bliskim kontakcie z naturą, np. wypoczywając na pustej plaży Zuryskiego Jeziora czuje się niezmiernie szczęśliwy, bo jest cisza, nie ma krzykliwych ludzi. Nawet nie drażni go skrzeczący kruk, skoro dowcipnie dodaje: „… może go brzuch boli” (16.07), ale denerwuje hałas kosiarki do trawy, gdyż burzy piękno ciszy poranka (2.05). Lubi wędrówki po górach, nawet nazywa siebie „górołazem” (18.09). Jest wrażliwy na piękno przyrody i trudno mu zrozumieć ludzi, którzy tego nie dostrzegają. Dziwi się, dlaczego nie widzą piękna zamkniętego w skrzydłach biedronek, w barwnych motylach, w kolorowych kwiatach na łące. Pewnie przeszkadza im pogoń za pieniądzem – konkluduje (22.03). On np., patrząc z balkonu, zachwyca się widokiem kwitnących czereśni, łąk z kwiatami, dalekich, ośnieżonych szczytów górskich, które swą zimną bielą prowokują świat do kłótni (13.04). Wśród rozległego pejzażu potrafi dojrzeć elementy, które go tworzą, i te duże, i te drobne, a więc; leśne urwiska, wyschnięty potok, most wiszący, ale i małego chrabąszcza; zwrócić uwagę na zapach konwalii i na kamienne budowle, kościoły, chaty, groty (1.05), zachwycić się zielenią górskich łąk i wodą jeziora, która ma kolor morskiej wody (16.07). Wielkiej wrażliwości na piękno natury i bogatej, plastycznej wyobraźni poety dowodzi sonet „3 sierpnia”. Za wsią Vergeletto patrzy na skały, po których „szum wody odbija się echem”, a uśmiechnięty wiatr przesuwa po niebie chmury i chłodzi świat, by nie roztopił się w upale. W wyżłobionych przez wodę kamieniach dopatruje się kształtu jaszczurki, która pewnie skamieniała, bo nie chciała pływać i za to teraz musi znosić smaganie rozpylonych kropel wody. Oczyma wyobraźni widzi także kąpiące się to w słońcu, to w wodzie wiewiórki, z przodu małego liska, a z tyłu wodospad z warkoczem, który szlifuje owalne, marmurowe kamyki. Całe zbocze owija welon mgły. Uważam, że jest to przepiękny opis skalnego zbocza; żywy i wyrazisty, bogaty w szczegóły – po prostu namalowany słowem, co nie każdemu poecie się udaje. Nie wszystkie opisy przyrody w tomie sonetów POTEM tchną takim ładunkiem optymizmu wynikającego z zachwytu nad urokiem postrzeganego obrazu przyrody. Np. opis kamiennego zbocza w Giumaglio ma inną wymowę. Zasadnicze elementy opisu niemal te same, ale ich odbiór przez poetę odmienny od poprzedniego. Tu woda „spada głęboko do dziury”, na dole jest wyschnięty, czyli bez życia, potok z olbrzymimi kamieniami, w których zamknięto jakieś istnienie, na czerni śpiące czarne jaszczurki, czarny żuk wyłazi z korzeni, po drzewach skaczą czarne wiewiórki, czarny ptak swym krzykiem burzy ciszę, a słońce ma kolor czerwony (30.04). W zagęszczeniu wiersza „czarnymi” wyrazami można przypuszczać, że w tym momencie dopadł poetę ponury nastrój; wszystko było czarne, co znamionuje smutek, przygnębienie, ale przyczyn owego nastroju, swoich czarnych myśli nie ujawnia. Na podstawie przytoczonych przykładów można wnioskować, że opisy przyrody u JSS są odbiciem, ilustracją nastroju, w jakim w danym momencie się znajdował, a tym samym dowodzą, że jest nie tylko poetą, ale też normalnym człowiekiem, który podlega huśtawce nastrojów. JSS nie cierpi wszelkiej sztuczności; „w żadnym miejscu i w żadnym wydaniu”, razi go pretensjonalność, jakakolwiek imitacja, m.in. z tego powodu nie aprobuje manifestacji, ulicznego hałasu, pustych haseł (28.09), niewłaściwych zachowań w miejscach publicznych, np. głośnych rozmów na ulicy, szeptów w czasie występów, koncertów, spektakli teatralnych, które są wyrazem braku szacunku dla cudzej pracy (13.06). Jak już nadmieniałam, JSS jest artystą. Uważa, że w sztuce liczy się oryginalność, lecz często uznaje się za nią przerost formy nad treścią. On nie aprobuje żadnych skrajności. Jak każdy artysta ulega nastrojom i małym słabościom (19.08;20.08). Tak np. nagrywanie płyty w towarzystwie muzyka, malarza Hardego Heppa i jego przyjaciółki zakończyło się kompresem na głowie, bo nie zauważył słupa (5.03). Przed każdym występem ma tremę, bo uważa, że przestrzeń między widzem a ciemnością i światłem sceny jest swoistą warownią, którą należy pokonać. Stąd niepokój i pytania, czy jego słowo trafi do słuchacza, czy wzbudzi oczekiwane reakcje, wywoła pożądane emocje (31.01). Tylko rutyna pomaga mu w opanowaniu tremy. Jest świadomy swej niedoskonałości i dlatego cieszy się, gdy dostrzega, że jego słowa docierają do serc słuchaczy. To dodaje mu odwagi i pobudza intelekt (6.03). Nie przywiązuje zbyt wielkiej wagi do pieniędzy, ale jest zdania, że zbyt niska gaża teatralna za występ uwłacza jego godności i dlatego w pierwszym odruchu odgraża się, ze już więcej nie da koncertu, choć wie, że słowa nie dotrzyma (3.02). Autor sonetów POTEM nie tylko sam koncertuje, ale też bierze udział we wszystkich możliwych dostępnych imprezach kulturalnych. Tak np. każdego roku uczestniczy w święcie podsumowania dorobku „Atelier Theater Stok”. Przy niezbyt wyszukanym bufecie (ziemniaki, pieczone kasztany, sałaty) bawią go riposty, a nawet szykany estetów, zachowania napastników i napastowanych, kiedy pierwsi się wściekają, drudzy śmieją, gdyż „tu wszystko na odwrót się dzieje” (4.04). Zawsze ma swoje zdanie na temat prezentowanego spektaklu, koncertu, gry aktorów. Nie lubi powtarzać cudzych opinii. Gdy mu się coś nie podoba, nie udaje, że jest inaczej, np. nie wahał się uzyć określenia: „reżyser i autor – partacze” po obejrzeniu sztuki pisarza, który: „chciał bardzo udawać Nestroya i wyszła z tego paranoja”. (4.06). Nie podobał mu się też spektakl, w którym „błazen gra rolę filozofa”, bo choć nowe kierownictwo, sposób bycia stary, ale inni w księdze dla gości napisali, ”że spektakl najlepszy w Zurychu”. Myślą, że pochlebstwem szybciej dopchają się „do żłobu”(17.10; 18.10). Krytycznie ocenił również spektakl „Tonący okręt”, który powstał z połączenia utworów trzech poetów: Rimbauda, Verlaine'a i Zecha. Uznał go za płytki i nudny. Zamiast łez tragedia wzbudziła pusty śmiech (9.07). Negatywnie ocenił organizację i zachowania artystów w czasie jarmarku teatrów. Opuścił spektakl przed czasem, bo nie widział dla siebie miejsca w takiej subkulturze (23.08). Z przytoczonych przykładów wynika, że niełatwo zadowolić gust artystyczny JSS, który od organizatorów koncertów, spektakli teatralnych oczekuje profesjonalności, od artystów talentu i dobrego warsztatu aktorskiego, a od poetów finezji, lekkości w wyrażaniu myśli i uczuć, jak to np. czynił Norwid, który „prześcignął wszystkie pokolenia” (24.09). Pochlebnie wyraża się też o wierszach Haliny Kuropatnickiej (5.07), o występach śpiewaczki La Lupy, gdyż potrafi wzruszać (29.07;2.08). Ceni prawdziwie wielkich artystów „GIGANTÓW”, którzy, niestety, najczęściej giną wśród karłów; młodym brak inteligencji (28.04), starszych gubi rutyna (3.01). Swą poezję uważa za finezyjną, choć nie jest okrzyczana (6.03). Po latach może okazać się, że właśnie ona będzie zdolna do rozbudzenia śmiałości do ”czynów niezwykłej rzadkości” (5.04). Poezja istnieje od wieków (1.03). Wielka poezja jest cenniejsza od złota, lecz często ginie wśród bełkotu, tj. poezji o niskich walorach (22.03). To ona przekazuje m.in. takie wartości, jak np. szlachetność (28.03). Wielka poezja jest żywa nawet po śmierci poety (7.08), gdyż poeta zamyka w niej duszę, która jest nieśmiertelna (1.10). By taką poezję tworzyć, poeta musi doskonale znać sekrety pisania, nie może być partaczem (26.11), musi być sobą i mieć coś do powiedzenia, a wiersz powinien .mieć żarliwość, głębię i siłę przekonywania (23.12). Naśladownictwo nie przynosi sukcesu. Jedną z istotnych cech poety to pracowitość(9.04). JSS drwi z tych, co uważają się za wielkich poetów, pisarzy czy w ogóle artystów, a w rzeczywistości tworzą kicze albo po prostu nic, lecz zdobywają nagrody, tytuły. Np. poeta, który pisze mało; „co nowy poemat to pauza”, tłumaczy Szekspira: „tak dobrze że trąbka zanika za słoniem - …” otrzymuje doktora honoris causa, choć wyszedł z marginesu, był „i prekursorem „NOWEJ FALI” wszyscy się z niego naśmiewali” (25.11). Inny „ponoć jest sławnym pisarzem”, choć „o utworach nikt się nie dowie” zdobywa nagrody, otrzymał też Orła Białego. Był sekretarzem w PEN-Klubie, potem został ministrem z ambicjami na premiera (26.11). Jeszcze inny, także „wybitny” literat, prezes PEN-Klubu, za swoje dzieło zebrał gromkie owacje, ale dedykację swojej książki rozpoczął od słów: „Panu Janu…”, co jest bardzo wymowne (17.11). Był jeszcze i taki pisarz (z dawnej nomenklatury), który zaraz po zmianie ustroju, zmienił tematykę swoich utworów, związał się z paryską „Kulturą” i pisze jedynie wspomnienia z gułagów w dodatku „z błędami i urojeniami” (24.11). JSS nie ceni ani takich literatów, ani ich utworów. Jest też przeciwny tłumaczeniu poezji napisanej w innym języku, gdyż jest zdania, że tłumaczenia nie oddają subtelności językowych, które każdy język posiada. Tłumacz nie jest w stanie do nich dotrzeć (10.07). Ponadto w każdym języku istnieją słowa, wyrażenia, zwroty, których nie da się przetłumaczyć z zachowaniem ich pierwotnego znaczenia. Dlatego, np. pomysł tłumaczenia „Zemsty” A. Fredry na język niemiecko-zuryski uważa za absurdalny(4.02). JSS jest artystą. Uważa, że poezja i dobra muzyka mają wielką siłę oddziaływania na człowieka (1.02). Muzyka towarzyszy człowiekowi wszędzie, nawet w chwilach grozy, np. pasażerowie Titanika, Estonii ginęli, a orkiestra grała. Również w obozach koncentracyjnych ludziom w pasiakach kazano śpiewać (1.10), na pogrzebach też gra się marsze żałobne. JSS jest przede wszystkim poetą. Pisaniu wierszy oddaje się całkowicie. Jak już wspominałam, swoją uwagę skupia na różnych sprawach dnia codziennego. Szczególnie uważnie przygląda się wszelkim wynaturzeniom i im poświęca wiele sonetów. Sam mówi, że chce pisać o tym, co mu leży „na wątrobie”, zwalczać warcholstwo, chocholenie, które się szerzy i przybiera groźne rozmiary (27.02). Wierzy w moc swojej poezji, w jej trwałe związki (5.04). Bardzo troszczy się o formę i wyraz artystyczny swoich sonetów. Przede wszystkim konsekwentnie trzyma się 9-zgłoskowego wersu, zachowuje wymagany układ zwrotek i rymów. Zwraca uwagę na poprawność języka (2.04), nie używa wulgaryzmów (5.06). Denerwuje go modne, lecz nieuzasadnione nadużywanie przedrostka „post-„ w języku prasy, polityki. Uważa, że to po prostu kpiny z języka polskiego (14.10). Lubi analizować znaczenia słów, odnosi je do różnych kontekstów, wskazuje możliwości interpretacyjne, np. jak można rozumieć słowo „normalność” (29.08). Potrafi świetnie wykorzystać i wpleść do sonetu powiedzenia z języka potocznego (np.”dać dyla”, 13.03), przysłowia, porzekadła, np. „kwiecień plecień” (27.04) i in. Tworzy również wieńce sonetów, tj. 15 kolejnych wierszy powiązanych ze sobą tematycznie. W tomie POTEM są trzy takie wieńce: pierwszy od 1 do 15 listopada; drugi od 16 do 30 listopada; trzeci od 1 do 15 grudnia. Charakterystyczne jest to, że każdy ostatni sonet wieńca skupia puenty poprzednich 14-tu. Trudność polega nadym, że i w tym sonecie musi być zachowany odpowiedni układ zwrotek i rymów, ale JSS nie ma z tym kłopotu. Jako przykład przytoczę pierwszą zwrotkę ostatniego sonetu wieńca:
„czas biegnie paruje kamfora” a (1.12) „świadomość przekłuta konkluzją” b (2.12) „nadzieja zasnuta iluzją” b (3.12) „zmieszane ze smutkiem Denora” a (4.12)
Myślę, że zachowanie kanonów sonetu w takim podsumowaniu tematyki wieńca wymaga talentu, wprawy i chyba nie każdy ze współczesnych poetów poradziłby sobie z tym problemem. Dlatego rozumiem nutkę goryczy zawartą stwierdzeniu, że nie jest należycie oceniany. Ubolewa, że czytelnicy Księgi Guinnessa nie doceniają poezji. Poeta nie jest zawodnikiem i nie ściga się z innymi. W życiu często jest tak, że ten, kto mało pisze, otrzymuje nagrodę Nobla, a być może, z jego twórczości niewiele zostanie. Ten, co pisze dużo, ma więcej szans na to, że po latach może ktoś w pozostawionych dziełach odnajdzie choć jedno mądre zdanie i to już będzie sukcesem, może nawet cenniejszym od prestiżowej nagrody (27.07). Tak np. dziwi się, że nagrodzono Noblem włoskiego poetę Dario Fo, o którym redaktorzy „L' |