Portret poety sonetem malowany: Jan Stanisław Skorupski, POTEM,
          732 sonety w dwóch językach, Zurych 2000.

 

        Pisać o poezji Jana Stanisława Skorupskiego (dalej JSS) nie jest łatwo. Przekonałam się o tym dopiero wówczas, gdy po przeczytaniu kilkuset sonetów z tomów: TEMPO, AKURAT, CHOCHOLENIE, POTEM wpadłam na ten nie do końca przemyślany pomysł. Trudności wiążą się z tym, że w większości sonetów autor nie zawsze chce wyraźnie odsłonić przedmiot  swoich przemyśleń, zwłaszcza  adresowanych  do  osób na ogół znanych w określonych środowiskach. Wielowątkowość poruszanej w jednym sonecie tematyki również nie ułatwia odbioru treści. Konieczność dociekania, głębszego zastanawiania się nad poszczególnymi, o bardzo skondensowanej treści zdaniami zamkniętymi w dziewięciosylabowe wersy z przerzutniami i bez znaków interpunkcyjnych wymaga myślowego wysiłku, co nie każdemu odpowiada. 

        Interpretację wielu sonetów utrudnia także nieznajomość kontekstu pozaliterackiego, który zainspirował poetę do pojęcia takiego, a nie innego tematu. Ponadto rozumienie treści większości sonetów uwarunkowane jest posiadaniem dość rozległej wiedzy. Przykładem może być sonet „19 marca” (dalej tytuły będę oznaczać  cyframi arabskimi, np. 19.03):

                                   

                                    zabito innych a ja żyję

                                    czy mam mieć wyrzuty sumienia

                                    jak stłumić koszmarne wspomnienia

                                    tę tajemnicę w sobie kryję

 

                                    „Stara baśń” „Ulana” „Krzyżacy”

                                    ostatni przystanek genewski

                                    „Zmarł Józef Ignacy Kraszewski

                                    wielki pisarz i tytan pracy”

 

                                    śniadanie i spacer do banku

                                    „ryzykuj gdy chcesz być bogaty”

                                    zbłaźniłeś się „panie kochanku”

 

                                    gdy szukam wyjścia z labiryntu

                                    do głowy się cisną cytaty

                                    odróżnij  różę od hiacyntu”

 

        Pierwsza  zwrotka ujawnia rozmyślania podmiotu lirycznego na  temat pytania, czy ten, kto był wśród zabitych, a przeżył, powinien mieć z tego powodu wyrzuty sumienia. Druga wiąże się z przeczytanym artykułem o śmierci J. Ig. Kraszewskiego. Stąd wyliczenia tytułów czytanych w dzieciństwie jego powieści, co wynika z innego sonetu, i wzmianka o ostatnim przystanku genewskim. Nie każdy czytelnik pamięta, że właśnie w tym dniu, w Genewie Kraszewski zmarł. Trzecia strofa  zawiera informację, że podmiot liryczny po śniadaniu idzie spacerkiem  do banku załatwić być może jakąś ryzykowną transakcję, a w drodze rozmyśla o tym, co ujawnił w pierwszej i drugiej zwrotce. Puenta „gdy szukam wyjścia z labiryntu” odsłania, że ma jakieś problemy i szuka najlepszego rozwiązania, co nie zawsze się udaje, gdyż trudno odróżnić różę od hiacyntu, oba kwiaty pięknie pachną, tylko że jeden kłuje.

      Jak widać, pobieżne przeczytanie tego sonetu może prowadzić do fałszywego twierdzenia, że sonetowi brak spojności, że treści poszczególnych zwrotek niewiele  wspólnego mają ze sobą, a tak przecież nie jest. Człowiek zjadł śniadanie, przeczytał artykuł związany  z rocznicą  śmierci Kraszewskiego, potem idzie do banku załatwić jakieś sprawy, a  w  drodze  rozmyśla o różnych sprawach.

       Podobnie jak i w tym sonecie, autor często wykorzystuje różne powiedzenia, przysłowia, cytaty, które tylko pozornie nie mają związku z tematem wiersza. To również sprawia pewną trudność w rozumieniu treści.

       Wiersze  JSS  zaintrygowały mnie przede wszystkim liczebnością. Rozbudziły ciekawość, czy w takiej masie, choćby tylko jednego tomu (np.366 w POTEM) jest możliwe, by nie było powtórzeń.  Rzeczywiście nie znalazłam ich poza drobnymi wyjątkami, które mają swoje uzasadnienie, np. wyrażenie „choroba nadmiaru wolności” powtarza się,  ale w różnych kontekstach. Każdy sonet jest taki sam pod względem budowy, lecz inny w zakresie tematyki.

         A tematyka  jest bogata,  jak  bogaty w  wydarzenia jest każdy dzień, bo  JSS  to  bystry i niezmordowany obserwator wszystkiego, co aktualnie się dzieje i co się kiedyś działo. Na równi interesują go zdarzenia znaczące i błahe, publiczne i prywatne, osobistości i spotkany na ulicy kloszard, przyroda i polityka – po prostu wszystko. Swoje spostrzeżenia, przemyślenia, uwagi, odczucia  zamyka w 14 wersowym wierszu i w ten sposób dzieli się nimi z czytelnikiem.

         Sonety  JSS  to  nie   tylko  poetycki  zapis  życiowych  zdarzeń, z którymi  się  zetknął, o których słyszał czy czytał, ale to również obraz jego osobowości:  wrażeń, zachowań, postaw,  poglądów.  Tak  właśnie  odbieram  zupełnie  przypadkowo  wybrany cykl sonetów  z tomu POTEM. Nie zamierzam analizować ani kolejnych, ani wybranych wierszy pod  względem treści, ale wykorzystuję je, by dotrzeć do wnętrza autora, poznać jego historię, myśli, poglądy. Chociaż w niewielu sonetach jest podmiotem lirycznym, to jednak przez ukazanie własnych przemyśleń na dany temat wyraża siebie.

        Sonety zawarte w tomie POTEM JSS pisał w okresie dojrzałym. Za sobą miał już dzieciństwo, młodość, wiek średni i bogate doświadczenie życiowe. Właśnie dlatego na przeszłość mógł spojrzeć z dystansu i zachować go w stosunku do spraw bieżących, które budziły jego zainteresowanie.

        Poznajemy go w  okresie, gdy w środowisku artystycznym jest znanym poetą, na stałe mieszka w Zurychu z żoną Barbarą, wiedzie ustabilizowany tryb życia (2.01;9.01;29.01.).  Sonetów poświęconych swemu prywatnemu życiu nie zgrupował w jednym miejscu ani nie ułożył w porządku chronologicznym. Jedynie w tzw. wieńcu sonetów, obejmującym 15 wierszy od 1 do 15 listopada, kreśli obraz swego dzieciństwa. Do wejrzenia w ten okres zainspirowała go nadesłana stara fotografia, na której   uwieczniono   jego samego,   młodszego brata,   rodziców    i   w  tle  przecięty w kadrze obraz Ingrid.

       Zdjęcie  jest też dokumentem zasobności rodziny: autor w przykrótkim ubranku, w marynarce spiętej agrafką, ale w błyszczących butach (13.11), ojciec w mundurze, lecz bez krawata, matka w przedwojennych rzeczach, brat w rogatywce Władka Lejczaka, który później z psotnika awansował na pułkownika. Zresztą już  wówczas dobrze się zapowiadał, gdyż  posiadał pozytywkę i aparat fotograficzny,

                                  „co było wtedy wielką sprawą

                                  „tworzyło wymiar polityczny” (2.11).

Na twarzy ojca, pisze autor, widać wyraźne zmęczenie wojną,  u matki  zatroskanie, ale u brata   radość,   a on sam na moment robienia zdjęcia zapomniał o wiszącej nad nim groźbie kary (3.11).

      Z sonetu   „1 listopada”  wynika, że JSS wraz z rodziną przyjechał na Ziemie Odzyskane w 1945 roku. Rodzina osiedliła się na Dolnym  Śląsku w Kniaziowicach, które wcześniej nazywały się Knischwitz, a później Księżyce. W tamtych czasach nazwy miejscowości zmieniały się wraz  ze zmianą sytuacji narodowościowej. Zamieszkali w poniemieckim domu, w sąsiedztwie Niemców, którzy  jeszcze czuli się u siebie, a Polacy byli już wygnańcami. Wkrótce sytuacja uległa zmianie. Niemcy dowiedzieli   się,   że  będą   wysiedleni,   że   pojawią   się znani, złośliwi  szabrownicy i odbiorą im dobytek. Rodzice nie akceptowali tego. Nie mieli też  poczucia stabilizacji: „my też nie czujemy się u siebie”(3.11).

       I  rzeczywiście   nadszedł   dzień   rugowania   Niemców   z  domostw.    Komisarz z sołtysem pozwolili im zabrać, co się dało, ale na stacji w Strzelinie zostali ograbieni z wszystkiego, zabrano  im  nawet  ubrania.  Protesty  ojca  poety  nie  skutkowały,  nie znalazły   poparcia u miejscowej władzy (4.11).

      Na uwagę  załuguje spostrzeżenie autora-dziecka: wyjeżdżający Niemcy zdążyli zaprzyjaźnić się z osiedlonymi Polakami, bo oto: „na koniec czułe pożegnanie”. Opuszczając swoje domy, nie płakali, zachowywali się godnie. Tak zwyczajni, prości Niemcy płacili za hitlerowskie obozy -  konkluduje autor (4.11). Czas nie zdołał zatrzeć ostrości przeżyć. Później często nurtowało go pytanie: „czyż można im wszystko wybaczyć” (14.11;15.11). Chodziło o Niemców , których  znał  jako  przyzwoitych  ludzi,  a  którzy  w   okresie  wojny i  okupacji okazali się mordercami. Uważa, że wojna  wypacza ludziom charaktery (14.11).

      Po wyjeździe Niemców w  Księżycach zostali „sami swoi”, ale nie czuli się całkowicie bezpiecznie, bo oto odkryli, że już kiedyś byli tu Polacy: „w kościele książki w dwóch językach”,  swastyki,   pałki  do  bicia,  „szkielety  w  drewnianych   trzewikach” (5.11). I rzeczywiście po jakimś czasie  w odwiedziny przyjechali Polacy, którzy byli tu więźniami. Mimo  morderczej pracy, głodu i bicia przeżyli, co graniczyło niemal z cudem (14.11). Zachowały się też ślady walk – wieża kościelna podziurawiona pociskami. Istniała obawa, że historia może się powtórzyć, dlatego autor pisze „żyjemy zagubieni w ciszy”(5.11).

      Jak można przypuszczać, będąc jeszcze dzieckiem, poeta niezbyt dobrze rozumiał, co się działo, ale już wtedy czuł, że nie wszystko było takie, jak wyglądało. Odczucia  chłopca potwierdzały  tajemnicze wyjazdy ojca do  Warszawy, Wrocławia, Katowic, Krakowa; ukrywanie się, załatwianie dziwnych spraw, przywożenie do domu zeszytów,  książek, których   czytanie   zabierało  małemu Stasiowi nie tylko  dnie, ale i noce, choć nie odróżniał jeszcze fikcji od prawdy (6.11).

      Zróżnicowaną  społeczność  osiedleńczą   klasyfikowano  według  przejawianych  postaw i zachowań. I tak:  „zza Buga’ –   pobożni,  lecz  zawistni, Mazurzy – złośliwi i zadziorni, Francuzi – przeważnie komuniści i zawsze działający na przekór, jak choćby wtedy, gdy celowo  zanieczyścili ulice tuż przed przyjazdem biskupa, co autorowi bardzo się nie podobało (7.11).

       Mimo podobnych  incydentów życie towarzyskie kwitło: w każdą niedzielę spotykali się na zabawie, na huczne wesela często zapraszano wszystkich. Chłopiec przyglądał się uciechom dorosłych, a może i sam w jakimś stopniu brał w  nich udział, skoro pisze: „komunia ten rozdział zamyka”. Zapewne chodzi o przyjęcie I Komunii Św., która kładła kres bezkarności  za  zerwane  w cudzym  sadzie  czereśnie  czy też inne chłopięce przewinienia, z których należało się spowiadać (8.11).

        Znaczącym  wydarzeniem   w tamtym  okresie życia  autora  sonetów  z  POTEM   był 1 września 1945 roku, czyli rozpoczęcie nauki szkolnej. Tuż po uroczystym otwarciu nauczyciel zadał uczniom pierwsze ćwiczenie, tj. odwzorowywanie z tablicy trzech słów: „Ala i As”, po czym zamknął ich w klasie, a sam udał się na przyjęcie dorosłych, suto zakrapiane alkoholem przy wtórze pieśni o I Brygadzie i makach spod  Monte Cassino. Uwięzione dzieci płakały, niektóre siusiały w spodnie, ale nikt o nich nie pamiętał, nawet rodzice (9.11).

       Kolejne szkolne wspomnienie autora wiąże się z klasą II, w której uczył Michał Hull. Jego imię stało się powodem powtarzania wiersza „Dwa Michały”. Lekcje rozpoczynały się modlitwą odmawianą na stojąco. Jednego razu w czasie jej trwania Staś Skorupski uszczypnął kolegę. Ten zareagował jakimś okrzykiem, za co sprawca zamieszania oberwał piórnikiem „w łapę”. Kary typu; „w łapę”, „w tyłek” były codziennością i nie budziły sprzeciwu, buntu nawet u samych uczniów, skoro poeta wyznaje, ”kochałem jednak swego pana”, choć „czasem pił wódkę już od rana” (10.11).

       Z opisanych zdarzeń wynika, że JSS w dzieciństwie zachowywał się jak każdy inny chłopak w jego wieku, tzn. skory do psot, twardy w przyjmowaniu kary i nie jak każdy tolerancyjny wobec wad kogoś, kogo lubił.

       W szkole należał do drużyny zuchowej. Początkowo nosił błękitną chustę, ale potem nagle zmieniono ją na czerwoną, co nie podobało się rodzicom. On sam nie rozumiał ich oburzenia. Po jakimś czasie usunięto ze szkoły modlitwę, zaczęto inaczej się pozdrawiać. Jednym słowem nastąpiły zmiany, którym się podporządkował. Czuł, że jest coś nie tak, lecz nie wiedział, co. Dlatego nie smucił się, gdy opuszczał szkołę (11.11).

       Przyglądając  się   uważniej   starej   fotografii,  dostrzega  w  jej  rogu  ciemną   plamkę i przypomina sobie, że rzucał ją cień kamienia, którego już w tym miejscu nie ma, tak jak nie ma osób ze zdjęcia. Pozostał jedynie dom.

       Te bolesne wspomnienia nie pozwalają mu cieszyć się pełnią życia, osłabiają pęd do radosnego, szczęśliwego świata: „mam żagiel sumieniem przekłuty” (13.11). Może właśnie dlatego uwielbia włóczęgę po górach, bezdrożach, lasach. Zmęczenie i bliski kontakt z przyrodą stanowią pomost łączący go z okresem dzieciństwa. Dochodzi do wniosku, że choć los   nie   zawsze  był   dla    niego  łaskawy,  gdyż    sukcesy   przychodziły  powoli, leniwie i najczęściej wygrywał ktoś inny, co nie było przyjemne, to jednak on sam się nie zmienił.

        Na całe życie pozostała mu uśmiechnięta twarz chłopca z fotografii: „taki byłem jestem i będę”, „lecz uśmiechu się nie pozbędę” (12.11).

       Przedstawione w sonetach zdarzenia i myśli z dzieciństwa nazywa „koślawą biografią” (12.11). Młodość też miał niełatwą, bo niby była wolność i swoboda, to jednak czuł się jak ptak zamknięty w klatce. Musiał żyć, jak kazano, zawsze wbrew sobie, np. kazali śpiewać odę na cześć „wodza narodów”, „Karliczka”; z życiowej konieczności wstąpił też do „Antypartii”, w której był i „pionkiem” , i „prezesem na szczycie”. Dziś nie jest z tego dumny i nie weźmie za złe tym, którzy po jego śmierci będą szeptać, że był „maruderem”, gdyż zawsze wlókł się w ogonie (10.02).

        Zdarzenia z młodości są skromne i niepełne, bo też pisanie biografii sonetem nie leżało w zamyśle autora POTEM. Jednakże tu i ówdzie pojawiają się wzmianki o tym, co okazało się w dalszym życiu znaczące. Tak np. wspomina swój egzamin maturalny, na którym otrzymał temat: „Rola nauczyciela w Polsce w świetle przemówienia  Bieruta” .  Z jakiegoś wewnętrznego nakazu nie otworzył nawet ust, mimo że temat znał  niemal na pamięć. Nauczyciel Żyłka wiedział o tym i naciskał, by „recytował”, ale on uparcie milczał. Z opresji wybawił wychowawca Ludwik Toporowski i tylko dzięki niemu otrzymał świadectwo maturalne (23.03).

       Był nauczycielem. Uczył wiedzy o Polsce i świecie współczesnym:

                                          „mówiłem z  patosem  bolesnym

                                          w pozycji nadzwyczaj wygodnej” ;

zamiast wykładać propedeutykę filozofii, prowadził z młodzieżą zajęcia z żeglarstwa na pontonach i łodziach. Wszystko to dziwiło wizytatorkę i  otrzymał  odpowiednią zapłatę: musiał ze szkoły odejść. Mówi o tym z goryczą:

                                                      „do łodzi wsiadłem bez załogi

                                            świat stanął otworem obszerny

                                            zaczęły krzyżować się drogi” (13.05).

       Owo krzyżowanie się dróg można rozumieć jako podejmowanie pracy w różnych zawodach. Wspomina, że pracował jako artysta metaloplastyk, także jako „twórca biżuterii”, „instalator w polskiej galerii”, „i jeszcze sto innych pieczęci” (13.03). Odbywał również ćwiczenia wojskowe. Po zakończeniu tych ćwiczeń w nagrodę dla najsprawniejszego żołnierza od płk. Kazimierza Czarnego otrzymał zestaw przyborów do pisania firmy Parker. Jest przekonany, że był to znak na drodze przeznaczenia: miał być nauczycielem, a został pisarzem (18.12).

       Różnorodność  podejmowanych  zajęć  sprawiała,  że  JSS  dłużej  lub krócej  przebywał w wielu miastach Europy. W sonetach tomu POTEM wymienia Warszawę (stałe miejsce pobytu),  Berlin,  Graz,   Zurych (19.04),  Paryż (26.10).  Bardzo cierpko wspomina kontakty z konsulami, którzy oczekiwali od niego hołdów, a kiedy ich zawiódł, okazywali mu lekceważenie. Po latach uczestniczyli w promocyjnym bankiecie poety, nadrabiali miną, tylko że on ich teraz nie potrzebował (20.10).

       Nie było go w Polsce w okresie stanu wojennego,  a kiedy potem wrócił,  w  życiu polityczno-społecznym  kraju nastąpiły zmiany, których nie akceptował. Dlatego podjął decyzję opuszczenia go na zawsze. Na stałe zamieszkał w Szwajcarii, gdyż: „znalazłem w Alpach cichy szałas” (16.08). I tak oto Szwajcaria stała się jego drugą ojczyzną, bo uważa, że człowiek ma prawo do wyboru ojczyzny (29.08).  

       Zatrzymał się w Zurychu, choć życie w tym mieście jest drogie, ale za przepych trzeba płacić (12.02). Na Szwajcarię patrzy jak na krainę z baśni, w której Bóg umieścił   pejzaż czterech kontynentów:  góry, leśne kotliny, lodowce, jeziora, rzeki i wszystko, co najpiękniejsze na Ziemi. Jest nią zachwycony. Żartobliwie konkluduje, że kraj ten  jest efektem przemęczenia Boga przy tworzeniu świata (20.05).

       W oczach poety Szwajcaria to również  „kraj mlekiem i miodem płynący”, „serem słynący” (20.05),  a jego sukcesy,  jako kraju niezależnego,  wynikają z braku „personalnych ekscesów”. O wszystkim  decyduje  gmina  i w ten sposób każdy ma w zarządzaniu swój udział (27.10). Dostrzega jednak i pewne minusy w tym pięknym i sprawiedliwym kraju, gdyż i tu zdarzają się jakieś wykolejenia, np. niezależna szwajcarska  prasa  publikuje  artykuły  osób  chwiejnych,  niestabilnych politycznie, a Konfederacja Szwajcarska jest konserwatywna, bo: „skorupka nasiąka za młodu” (1.08). W Szwajcarii także w biały dzień napada się na banki (3.09), a policja, gdy nie trzeba, wykazuje nadgorliwość, także opacznie.

       Nie  pochwala  organizowanych każdego roku manifestacji „Street Parade”, gdyż niczemu nie służą , zostaje po nich jedynie sterta śmieci (17.08). Najbardziej  boli go to, że choć Szwajcaria jest taka bogata także w artystów i naukowców, nie tworzy „pisarskiej husarii”, tj. czołówki artystyczno-intelektualnej. Dominuje racjonalizm. Okazuje się  również środowiskiem plotkarskim (15.05).

       Wszelkie niedogodności życia w Zurychu chyba byłyby dla poety trudne do zniesienia, gdyby nie rekompensata w postaci związku z żoną Barbarą, Szwajcarką. JSS nie ujawnia wszystkich swoich związków z kobietami, ale też nie ukrywa, że Barbara jest drugą żoną, a przedtem była w jego życiu też jakaś Teresa, dla której śpiewał:

                                                  „… legendę Berlina

                                                  utkaną krakowskim hejnałem”, 

potem  inna  jeszcze   dziewczyna (16.01)   i  młodzieńcza  miłość do starszej, mądrej i pięknej Kazimiery, która  w owym czasie przesłaniała mu cały świat, a dziś z tej miłości została jedynie tęsknota za „bujną młodością” (4.03).

         23 grudnia, po 37 latach od pierwszego ślubu, w wieku 60 lat został prawnym małżonkiem  młodszej  od siebie Barbary. Jest świadomy, że w tym wieku, mając  za sobą spory bagaż doświadczeń życiowych, rozpoczynanie życia w nowym związku nie jest sprawą prostą. Dlatego powinności małżeńskie hierarchizuje następująco: najważniejsza jest miłość, potem uczciwość, a nadgorliwość, cierpliwość, żarliwość umieszcza gdzieś pośrodku (23.12). Ślub z Barbarą zalegalizował ich pięcioletnie współżycie głównie z powodu  nacisku biurokratów, gdy wystąpiła konieczność odtworzenia    skradzionych   dokumentów.   Podkreśla   jednak,   że   nie  ożenił   się z przymusu, a wolności i tak się nie wyzbędzie (26.06).

       Z Barbarą czuje się szczęśliwy i jest przekonany, że to szczęście trafiło mu się jak ziarnko w przysłowiowym „korcu maku”. Barbara to jasność rozświetlająca skraj ciemności, do której każdy wejść musi. Razem spędzają wszystkie wolne chwile, np. wigilię śpiewają kolędy, spożywają filety rybne, jak każe polska tradycja (24.12), świętują urodziny (17.12.), odbywają bliskie i dalekie podróże, wycieczki , np. jadą przed  cudowny ołtarz w Fischingen podziękować za dobrobyt (13.03), rowerami pokonuja trasę 54 km do klasztoru, by się tam pomodlić i męczący dzień zakończyć wspaniałą ucztą (24.04), razem wędrują  przez leśne urwiska, most wiszący nad Magią (1.05), zwiedzają , np. Galerię Wiejską w Zukenriet (10.04), wypoczywają, np. u Serba w Jugosławii (24.08) i wielu innych miejscach Europy. Barbara odwzajemnia nie tylko miłość i zawsze z uśmiechem czeka na jego powrót (21.08), ale i upodobania do włóczęgi, co utwierdza go w przekonaniu o swoim szczęściu i dlatego mówi: „dziękuję Barbarze że mnie ma”(25.09). Jest dla niej wyrozumialy i zawsze szanuje jej wolę, np. gdy Barbara nie ma ochoty na spacer, idzie sam (2.01), a kiedy zdarzy się, że musi dłużej zostać poza domem, a co gorsze ”czynnie” uczestniczyć w jakiejś  towarzyskiej imprezie, nie jest z tego zadowolony i z lekką naganą mówi:

                                              

                                              „prosiłem nie pij alkoholu

                                              źle działa na rozum i cerę

                                              a w domu psuje atmosferę”

 

i trochę złośliwie zaprasza ją na wykład o trzeźwości (9.01). Martwi się, gdy Barbarze coś dolega (27.09), lubi,  gdy gotuje: „wszystko mi wtedy smakuje” (18.01) , liczy się z jej zdaniem, np. obawia się reakcji Barbary na prezent w postaci nowoczesnego telewizora od Wernera, który znalazł się w ich mieszkaniu, bo wie, że będzie temu przeciwna, ale w końcu ustąpi i razem zasiądą przed szklanym ekranem (21.03).

       Zajmują małe mieszkanko  na poddaszu, urządzone skromnie, bez przepychu, ale uszczęśliwia ich bogaty i piękny widok z okna, wspólnie zaśpiewana  piosenka, miłe wspomnienia z przeszłości (5.01).

       Każda wzmianka w sonetach o Barbarze emanuje tkliwością, oddaniem, troską, po prostu   miłością     bardzo  subtelnie  zaznaczoną,   bez  używania   wielkich,   utartych słów i zwrotów. A w ogóle JSS postrzega miłość jako nieodłączny element życia nie tylko jednostki,  ale  i całych  społeczeństw. Narody zawierają umowy, pakty, by pomagać sobie w rozwiązywaniu problemów. Człowiek   potrzebuje miłości i dlatego   nieustannie   jej   szuka.   Miłości   nie   można planować, przychodzi nagle i znika. Nie można jej też pielęgnować, a gdy jest nazbyt żarliwa, rodzi konflikty. Przetrwać  może   jedynie   taka miłość,   która z czasem  przekształca się w przyjaźń i szacunek (24.05). Taka właśnie miłość łączy go z Barbarą.

       JSS   potępia  pornografię  i  wszelki wulgaryzm w sprawach intymnych, brzydzi się tym i tymi, co zdradzają sekrety swoich sukcesów miłosnych, co korzystają ze sprośnych  podniet.  Są   to „maniacy,   przeciętniacy, ponuracy” (7.01). Dlatego kpi z tzw. „porządnych” Szwajcarów  uganiających  się  za  względami  pornistki Letycji (8.01).  Odrazę budzą w nim i ci,  którzy  „zaliczają”  kobiety,  ale  regularnie  chodzą  do kościoła,  słuchają    kazań.  Często  zmieniają   żony   (może      obawie    przed     samotnością?),  z  odrzuconymi  pozostają  niby w przyjaźni, co nie jest prawdą. Uważa, że jest to plugawe i obłudne (14.01). Nie akceptuje wszelkiej rozwiązłości, wyuzdanej  miłości,   którą   można kupić   za   przysłowiowe   „trzy grosze”.   Uroda i miłosne rozkosze przeminą,  smutek  pozostanie (12.01) – przestrzega.

       Sonety  z tomu POTEM mówią też o szerokich artystycznych zainteresowaniach JSS: układa melodie, śpiewa (4.10), gra (3.06), ale przede wszystkim pisze wiersze, jest poetą. Wyznaje, że  w przeszłości pisał prozą i wierszem inaczej.  Z czasem jego twórczość literacka uległa metamorfozie. Wie, że napisanych słów nie da się cofnąć, jak nie można zawrócić czasu. Był młody, miał tupet i śmiałość. Twórczość młodzieńczego okresu zostanie na „gruzach tamtego systemu” i wątpi, by ktoś dopatrzył się w niej choćby mikrobów wartości, ale ma nadzieję, że jego „przekorność socjalna” jest stała, przetrwa i stanie się zalążkiem nowych problemów (26.02).

       W   wielu  miejscach  sonetów  analizowanego  tomu  JSS  mówi  o  swojej przeszłości,  o okresie  nim  na  stałe  zamieszkał  w Zurychu. Tak np. przyznaje, że w owym czasie był „koneserem jedzenia i picia” (13.03), nie stronił od alkoholu (2.10), co niektórym dało powód do twierdzenia, że lekko traktował życie. On sam uważa inaczej, wiódł pracowite życie i zawsze szedł prostą drogą (26.09) Możliwe, że czasami krzywdził tych, którzy chcieli mu pomóc, ale wówczas nie doceniał ich dobrych chęci (2.10). Przeszłości nie da się wymazać, ale zawsze można ją zweryfikować. Często jest tak, że te same zdarzenia po latach wywołują skrajnie różne interpretacje. Dawne zło okazuje się dobrem i na odwrót. Ponadto uważa,  że  na  swój  temat   też  „mam coś do powiedzenia” (24.02), a mówi, że była gorycz i osłoda, zawód i chęć zapomnienia, ciekawe przeżycia, lecz teraźniejszość, która wymaga pośpiechu, nie pozwala rozczulać się nad przeszłością (25.02). Przyznaje, że zmieniał poglądy (18.12) i wie, że popełniał błędy. Każdy je popełnia, lecz nie każdy ma odwagę publicznie się do nich przyznać, a JSS mówi o nich w swoich sonetach.

       Jak widać, JSS potrafi zachować dystans do swojej przeszłości i nie stara się ukrywać tego, z czego dziś może nie jest dumny, a to tylko dobrze o nim świadczy.

       JSS jest światowym rekordzistą w pisaniu sonetów. Od wielu lat pisze je każdego dnia, jeden lub więcej, zależnie od nastroju i bodźców, które go inspirują, a inspiruje go, jak  już nadmieniałam, dosłownie wszystko: spotkania ze znajomymi, przyjaciółmi, pobyt w hotelu, w sanatorium, wycieczka, koncert, spektakl teatralny, audycja radiowa, artykuł prasowy, rozmowa   w  tramwaju,   święta,   uroczystości  rodzinne  itd. –  po prostu  codzienność, ale i przeszłość.  Poeta nie zna problemu braku  tematu  do  pisania.  Widzi  je: w domu,  na   ulicy,   w teatrze,   w  kościele, w pociągu, w lesie, w grocie – wszędzie. Posiada taki dar. Dlatego jego sonety liczone są w tysiącach, co nie wszystkim się podoba. On sam często podkreśla, że nie pisze  dla  rekordu (28.08)   ani  też   z przypadku  czy wyrachowania. To przeznaczenie (2.12) i konieczność życiowa. Może nie mieć markowego ubrania, wygodnego biurka, ale pisania nie potrafi zaniechać. Ono stało się niezbędną potrzebą życiową (18.12), bez niego czuje się zagubiony (19.08).

       Jest przekonany, że talent poetycki i umiłowanie sonetu otrzymał w spadku od Petrarki, ponieważ urodził się w dniu jego urodzin i śmierci, tj. 18 lipca, tyle że 564 lata później. Użądliła go wtedy pszczoła, a dziadek wypowiedział prorocze słowa: „poetą zostanie” (1.04). Petrarkę uznaje za duchowego brata, który przekazał mu sekret pisania sonetów. Uważa się za jego kontynuatora (1.03), ale nie wiernego naśladowcę. Drażni go posądzenie, że chciał zostać petrarksistą (25.07). Petrarka pisał swoje sonety pod wpływem miłości do Laury, stąd mieszczą się w określeniu „miłosne”.   JSS   inspirują  różne  życiowe sprawy, teraźniejsze i przeszłe. Trudności w sprostaniu wymogom tego rodzaju wiersza zdopingowały do bardzo intensywnej pracy  i  także   dlatego przekroczył normy pisania. Rekordzistą został z przypadku, w efekcie połączenia aktywności z emfazą dla formy (25.07). W liczbie napisanych sonetów  i  w  tematyce   prześcignął   Mistrza,  ale tak jak i on zostawi swój ślad w literaturze (12.05). Poeta przywiązuje wagę do dat. Uważa, że zbieżność dat w jakiś sposób łączy tych ludzi i być może ma wpływ na ich los czy też stanowi jakąś przestrogę. Tak np. jego zdaniem poezji Broniewskiego tak daleko do poezji Puszkina, jak brzezinie do dębu, to jednak połączyła ich data śmierci (10.02). 16 marca zmarła schorowana artystka, która nie miała łatwego życia, ale i ojciec poety. Dlatego datę tę kojarzy z czymś przykrym. Zdarzyło się i tak, że rumor przewróconego w nocy regału spowodował nie tylko bezsenność, ale wywołał przypomnienie zdarzenia sprzed 5-ciu lat, kiedy to w dniu o takiej samej dacie, jadąc z bratem do Berlina, trafili do Koszalina. Jest przekonany, ze nocny epizod z regałem to jakaś przestroga, tym bardziej że miało to miejsce w czasie przelotu komety Hale-Boppa, co zdarza się raz na 400 lat, więc musi mieć jakieś znaczenie (8.04).

       JSS pamięta wiele różnych dat dotyczących zdarzeń związanych z ważnymi dla niego osobami i stosownie do okoliczności poświęca im sonet dnia, np. 24.09 – urodziny Norwida, 25.10 – urodziny zmarłej matki, 16.03 – data śmierci ojca, 17.12 – urodziny Barbary itd. 20 czerwca przed czterema wiekami zmarł holenderski żeglarz-odkrywca  Willem Barents. Uważa,   że   łączy  go   z  nim   upór  w dążeniu do celu i zamiłowanie do żeglowania, które jest tak wielkie, że poeta zastanawia się, co stawiać wyżej: żagle czy poezję, gdyż to są jego dwie  życiowe pasje (20.06).

       Być może, że takie przywiązywanie wagi do dat, może kogoś dziwić, ale i ono dowodzi, że JSS nie jest pospolitym człowiekiem, lecz oryginalnym poetą o bogatej osobowości.

       Z sonetów zawartych w POTEM wynika, że przede wszystkim nie jest człowiekiem próżnym, bo np. nigdy nie twierdził, że artysta jest lepszy od innych ludzi (2.10). Zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy akceptują jego twórczość, lecz to go nie zraża. Zna swoją wartość, swoje możliwości i nie oczekuje pochwał ni nagród, zwłaszcza gdyby jedynym miernikiem miała okazać się liczba napisanych wierszy czy też  jego  wiek (3.06).  Nie chce być  popularnym  za   wszelką   cenę,  „gwiazdorem z ulicznych folderów” (23.01). Między innymi dlatego konsekwentnie nie udziela wywiadów (23.01; 25.09 i in.), a w przyjmowaniu pochwał jest bardzo ostrożny, gdyż nie do końca wierzy w ich szczerość (29.02). Brzydzi się obłudą, której wszędzie pełno (18.07). Nad sławę przekłada wygodę (29.01) i nie pozwala narzucać  sobie  czyjegoś  zdania:  „sam rządzę swoimi myślami”, manipulować twórczością i być od kogoś zależnym (6.04). Zawsze jest wierny sobie, swoim przemyśleniom, przekonaniom, choćby miał się komuś narazić, a nawet ponieść odpowiednie konsekwencje (17.03). Wysoko ceni swą niezależność artystyczną, dlatego nie daje się wciągnąć do żadnego związku (18.04). Nie ugina się przed wydawcą, z którym musi się liczyć, bo trudno nakłonić go do zmiany zdania (14.08). Nie lubi też nikomu schlebiać, nawet przyjaciołom, którzy organizują mu odczyty, koncerty. Nie chce niczego udawać (14.02), choć sam przyznaje, że zdarza się, iż  musi postąpić wbrew sobie, np. zamiast nowego wiersza    pisze    podanie  do  wydawcy,  przytakuje  przyjacielowi,  żeby  się nie obraził i równocześnie prosi Boga, by oszczędził mu takich konieczności (8.08).

       Ma odwagę głośno wypowiadać swoje odmienne zdanie w obecności osób wysoko postawionych.   Tak   np.   swego   czasu    w   gabinecie    ministra   kultury,    będąc w towarzystwie sowieckiego gościa i agentki cenzury, z sympatią i uznaniem odniósł się do  nieakceptowanej     przez   władze   radzieckie     (i polskie)       twórczości     Wysockiego  i Okudżawy. Pod błahym pozorem opuścił gabinet (22.06), zresztą, jak twierdzi, nie chce rozmawiać ze szpiegami, bo zawsze mogą zdradzić (22.08).

       Ceni    ludzi    mądrych,    oczytanych.   Za  przykład   stawia   redaktora Benedykta, z tytułem   doktora,    który    jest    autentycznym    znawcą    literatury  i opinie buduje w oparciu o własne przemyślenia, a nie na powielaniu cudzych myśli, bo sam wie, co jest wartościowe. (28.01).

       Oburzenie poety wywołuje fakt, że wiedza nie jest należycie doceniana choćby poprzez gratyfikacje w postaci pieniędzy. Profesorowie są  okradani przez cwaniaków, którzy żerują na ich osiągnięciach (28.02).

        Ma szacunek dla wiedzy dawnej i dawnych mędrców (3.07), ale i tych współczesnych, którzy swoją pracę wykonują solidnie, perfekcyjnie i nie dla nagrody (2.07). Dlatego oburza go lekceważenie osoby i jej pracy. Potrafi być wtedy nawet złośliwy, np. pewną akademię nazywa „gawiedzią” za to, że jej właściciel zlekceważył wysłane pismo, udzielając odpowiedzi „przez sekretarkę” (25.06), a niedoszłemu mecenasowi życzy; „aby mu ciągle drżała kasa”, bo nawet nie chciało mu się podpisać pisma (24.06), choć biurokracji, zwłaszcza nadmiernej, nie cierpi. Najczęściej zwykły człowiek jest wobec niej bezradny (4.07). Drażni go opieszałość w załatwianiu spraw pilnych (8.10), to znów zbyteczna nadgorliwość (11.09). W sonetach zaznacza to pejoratywnymi określeniami, np. konsulica, konsulik (13.09).

        JSS otwarcie wyznaje, że jest człowiekiem wierzącym; kreśli znak krzyża, chodzi do kościoła, w piątki stara się nie jadać mięsa (26.01;14.02). Wychowany w rodzinie  katolickiej,   jako   dziecko    modlił    się    do   Matki   Boskiej    (7.06),   wierzył   w Boga. W okresie młodzieńczym, pod wpływem innego wychowania, odstąpił od modlitwy (15.08), stał się niewierzącym, gdyż „ktoś mi podsunął złe księgi”.

Nie wstydzi się przyznać do błędu i ten okres życia umieszcza w rubryce ‘zdobywanie doświadczenia” (2.06).

       Z czasem przekonał się, że jednak jego życiem, losem kieruje Bóg. Dlatego nie obawia  się  ludzi,  choćby najpotężniejszych. Pewność tę czerpie z tajemnicy istnienia i wiary (7.12), a także z przekonania, że tylko Matce Boskiej zawdzięcza powrót do zdrowia (15.08). Wie, że kiedyś stanie przed Bogiem i będzie mógł Mu powiedzieć, że ci, co kiedyś od niego stronili, także bronili boskich wartości, np. domagali się życzliwości dla drugiego człowieka, pomocy i współczucia cierpiącym (16.02).

       Jest wdzięczny Bogu za dar życia (25.09) i wierzy w Jego sprawiedliwość, która przejawia się m.in. tym, że wszystkich równo obdzielił śmiercią – największą tajemnicą świata (2.06). Pod tym względem zrównał biednych i bogatych, Ojca Świętego i kloszarda. Śmierci nie przekupi ani minister zdrowia, ani prezydent. Często losy i sprawy ludzkie wiążą się ze sobą w sposób niezrozumiały dla człowieka. Tajemnicę tej łączności zna jedynie Bóg. Człowiekowi pozostaje jedynie obawa, że nic po nim nie zostanie, jak po Berlińskim Murze, jak mity po bohaterach dawnych czy współczesnych, np. „wodzów Solidarności” (17.09).

       Święta kościelne, które szanuje, skłaniają go do snucia różnych refleksji. Tak np. Boże Narodzenie uważa za największą w historii ludzkości rocznicę narodzin „Człowieka Wszechświatów Arcypasterza Buntownika” (1.01), a tajemnica Wielkiego Czwartku, wg poety, tkwi w chlebie i winie, jak zawsze skutek w przyczynie (27.03). Wielki Piątek ukierunkował myśli poety na temat zabijania, męczeństwa, współczucia, szlachetności. Analizując sceny z ostatnich godzin życia Chrystusa, dochodzi   do   wniosku,   że   właściwie   śmierć   Chrystusa   szczerą litość wzbudzała tylko w masach, u ludu, a męczeństwo nie dodawało odwagi apostołom (zaparcie się Piotra). Zabijanie przetrwało do dziś, współczucie wykazują jedynie esteci, szlachetność żyje w  mitologii   i poezji  nieżyjących  poetów (28.03).  Zastanawia  się  też,  dlaczego w Ewangelii brak informacji, co działo się w Wielką Sobotę. Po klęsce nastąpiła cisza, by następnego dnia przejść w zwycięstwo. Zwyciężył symbol: puste miejsce w grobie, czyli nie siła i nie męstwo. Dlatego uważa, że wypełnianie tego dnia przygotowywaniem „święconego” jest niejako profanacją, bo: „nie każdy wytrzymał czekanie

                                                   „niejeden przeżył konsternację

                                                    nim przyszło wreszcie Zmartwychwstanie”;

 nie każdy umie czekać na zwycięstwo (29.03). 

       Autor sonetów POTEM jest zdania, że Biblię należy szanować, ale interpretować współcześnie,   z     doświadczeń     dawnych    mędrców    korzystać     ostrożnie      (3.07), a modlitwie  słowa są niepotrzebne, brzmią wulgarnie, bo burzą nastrój niezbędny w przeżywaniu. Skupienie modlitewne przed świętym obrazem wystarcza (1.01).

       Z analizy sonetów wynika, że JSS jest też człowiekiem tolerancyjnym. Uważa, że symbolom różnych wyznań religijnych należy okazywać szacunek. Nie trzeba ich niszczyć ni poniżać. Jeśli się ich nie akceptuje, lepiej milczeć (10.09). On sam szanuje cudze poglądy i tego samego oczekuje dla siebie (18.06). Jego zdaniem, człowiek nie powinien uciekać od wiary. Wtedy życie staje się znacznie trudniejsze, gdyż mogą pojawiać się koszmary, poczucie przestępstwa, zdrady. Ponadto bez opieki Boga człowiek staje się bezwolnym kamieniem toczonym nurtem rzeki (14.06).

       Jak widać, JSS to człowiek o wysoce refleksyjnej osobowości. To, co dla wielu jest oczywiste, przyjmowane niejako automatycznie, u niego budzi głębokie przemyślenia.

       Poeta kocha życie i potrafi się nim cieszyć, czuć się szczęśliwym każdego dnia (19.08). Z optymizmem patrzy w przyszłość (10.02), choć miewa  chwile, kiedy wszystko go drażni lub pojawia się uczucie pustki (17.07) i czuje wewnętrzne rozdarcie (4.01). Różne frustracje pokonuje lampką szampana, ale się nie upija, gdyż lubi w nowym dniu (13.12) ochoczo budzić się do życia.       Uważa, że życia nie należy marnować, a zwłaszcza brutalnie skracać, jak to zrobił, np. Wieniawa. Po latach nikt nie będzie pamiętał choćby najwznioślejszych motywów tego desperackiego kroku (1.07).

       Uwielbia ciszę i spokój, zwłaszcza gdy jest w bliskim kontakcie z naturą, np. wypoczywając na pustej plaży Zuryskiego Jeziora czuje się niezmiernie szczęśliwy, bo jest cisza, nie ma krzykliwych ludzi. Nawet nie drażni go skrzeczący kruk, skoro dowcipnie dodaje: „… może go brzuch boli” (16.07), ale denerwuje hałas kosiarki do trawy, gdyż burzy piękno ciszy poranka (2.05). Lubi wędrówki po górach, nawet nazywa siebie „górołazem” (18.09).

       Jest wrażliwy na piękno przyrody i trudno mu zrozumieć ludzi, którzy tego nie dostrzegają. Dziwi się, dlaczego nie widzą piękna zamkniętego w skrzydłach biedronek, w barwnych motylach, w kolorowych kwiatach na łące. Pewnie przeszkadza im pogoń  za   pieniądzem – konkluduje (22.03).  On  np.,  patrząc z balkonu, zachwyca się widokiem kwitnących czereśni, łąk z kwiatami, dalekich, ośnieżonych szczytów górskich, które swą zimną bielą prowokują świat do kłótni (13.04).

       Wśród rozległego pejzażu potrafi dojrzeć elementy, które go tworzą, i te duże, i te drobne, a więc; leśne urwiska, wyschnięty potok, most wiszący, ale i małego chrabąszcza; zwrócić uwagę na zapach konwalii i na kamienne budowle, kościoły, chaty, groty (1.05), zachwycić się zielenią górskich łąk  i wodą jeziora, która ma kolor morskiej wody (16.07).

       Wielkiej wrażliwości na piękno natury i bogatej, plastycznej wyobraźni poety dowodzi sonet „3 sierpnia”. Za wsią Vergeletto patrzy na skały, po których „szum wody odbija się echem”, a uśmiechnięty wiatr przesuwa po niebie chmury i chłodzi świat, by nie roztopił się w upale. W wyżłobionych przez wodę kamieniach dopatruje się kształtu jaszczurki, która pewnie skamieniała, bo nie chciała pływać i za to teraz musi znosić smaganie rozpylonych   kropel  wody.  Oczyma wyobraźni   widzi   także  kąpiące się to w słońcu, to w wodzie wiewiórki, z przodu małego liska, a z tyłu wodospad z warkoczem, który szlifuje owalne, marmurowe kamyki. Całe zbocze owija welon mgły.

       Uważam,   że  jest  to  przepiękny    opis  skalnego   zbocza;   żywy i wyrazisty, bogaty w szczegóły – po prostu namalowany słowem, co nie każdemu poecie się udaje.

       Nie wszystkie opisy przyrody w tomie sonetów POTEM tchną takim ładunkiem optymizmu wynikającego z zachwytu nad urokiem postrzeganego obrazu przyrody. Np. opis kamiennego zbocza w Giumaglio ma inną wymowę. Zasadnicze elementy opisu niemal te same, ale ich odbiór przez  poetę odmienny od  poprzedniego. Tu woda  „spada  głęboko  do  dziury”,     na  dole  jest  wyschnięty,  czyli bez życia, potok z olbrzymimi kamieniami, w których zamknięto jakieś istnienie, na czerni śpiące czarne jaszczurki, czarny żuk wyłazi z korzeni, po drzewach skaczą czarne wiewiórki, czarny ptak swym krzykiem burzy ciszę, a słońce ma kolor czerwony (30.04).

       W zagęszczeniu wiersza „czarnymi” wyrazami można przypuszczać, że w tym momencie dopadł poetę ponury nastrój; wszystko było czarne, co znamionuje smutek, przygnębienie, ale przyczyn owego nastroju, swoich czarnych myśli nie ujawnia.

       Na  podstawie przytoczonych przykładów można wnioskować, że opisy przyrody u JSS  są  odbiciem,  ilustracją  nastroju, w jakim w danym momencie się znajdował, a tym samym dowodzą, że jest nie tylko poetą, ale też normalnym człowiekiem, który podlega huśtawce nastrojów.

       JSS nie cierpi wszelkiej sztuczności; „w żadnym miejscu i w żadnym wydaniu”, razi go pretensjonalność, jakakolwiek imitacja, m.in. z tego powodu nie aprobuje manifestacji, ulicznego  hałasu,  pustych  haseł  (28.09),   niewłaściwych  zachowań w miejscach publicznych, np. głośnych rozmów na ulicy, szeptów w czasie występów, koncertów, spektakli teatralnych, które są wyrazem braku szacunku dla cudzej pracy (13.06).

       Jak już nadmieniałam, JSS jest artystą. Uważa, że w sztuce liczy się oryginalność, lecz często uznaje się za nią przerost formy nad treścią. On nie aprobuje żadnych skrajności. Jak każdy artysta ulega nastrojom i małym słabościom (19.08;20.08). Tak np. nagrywanie płyty w towarzystwie muzyka, malarza Hardego Heppa i jego przyjaciółki zakończyło się kompresem na głowie, bo nie zauważył słupa (5.03). Przed   każdym   występem   ma tremę,    bo uważa,  że  przestrzeń  między  widzem a ciemnością i światłem sceny jest swoistą warownią, którą należy pokonać. Stąd niepokój i pytania, czy jego słowo trafi do słuchacza, czy wzbudzi oczekiwane reakcje, wywoła pożądane emocje (31.01).   Tylko rutyna pomaga mu w  opanowaniu tremy. Jest świadomy swej niedoskonałości i dlatego cieszy   się,   gdy dostrzega, że jego słowa docierają do serc słuchaczy. To dodaje mu odwagi i pobudza intelekt (6.03).

       Nie przywiązuje zbyt wielkiej wagi do pieniędzy, ale jest zdania, że zbyt niska gaża teatralna za występ uwłacza jego godności i dlatego w pierwszym odruchu odgraża się, ze już więcej nie da koncertu, choć wie, że słowa nie dotrzyma (3.02).

       Autor sonetów POTEM nie tylko sam koncertuje, ale też bierze udział we wszystkich możliwych dostępnych imprezach kulturalnych.             

       Tak np. każdego roku uczestniczy  w święcie podsumowania dorobku „Atelier Theater Stok”. Przy niezbyt wyszukanym bufecie (ziemniaki, pieczone kasztany, sałaty)  bawią  go riposty,   a nawet   szykany   estetów,   zachowania   napastników i napastowanych, kiedy pierwsi się wściekają, drudzy śmieją, gdyż „tu wszystko na odwrót się dzieje” (4.04).

       Zawsze ma swoje zdanie na temat prezentowanego spektaklu, koncertu, gry aktorów. Nie lubi powtarzać cudzych opinii. Gdy mu się coś nie podoba, nie udaje, że jest inaczej, np. nie wahał się uzyć określenia: „reżyser i autor – partacze” po obejrzeniu sztuki pisarza, który:

                                              „chciał bardzo udawać Nestroya

                                              i wyszła z tego paranoja”.          (4.06).

       Nie podobał mu się też spektakl, w którym „błazen gra rolę filozofa”, bo choć nowe kierownictwo, sposób bycia stary, ale inni w księdze dla gości napisali, ”że spektakl najlepszy w Zurychu”. Myślą, że pochlebstwem szybciej dopchają się „do żłobu”(17.10; 18.10). 

       Krytycznie ocenił również spektakl „Tonący okręt”, który powstał z połączenia utworów trzech   poetów: Rimbauda, Verlaine'a  i Zecha. Uznał go za płytki i nudny. Zamiast łez tragedia wzbudziła   pusty   śmiech (9.07). Negatywnie ocenił organizację i zachowania artystów w czasie jarmarku teatrów. Opuścił spektakl przed czasem, bo nie widział  dla siebie miejsca w takiej subkulturze (23.08).

       Z przytoczonych przykładów wynika, że niełatwo zadowolić gust artystyczny JSS, który od organizatorów koncertów, spektakli teatralnych oczekuje profesjonalności, od artystów  talentu  i dobrego   warsztatu   aktorskiego,    od    poetów    finezji, lekkości w wyrażaniu myśli i uczuć, jak to np. czynił Norwid, który „prześcignął wszystkie pokolenia” (24.09). Pochlebnie wyraża się też o wierszach Haliny Kuropatnickiej (5.07), o występach śpiewaczki La Lupy, gdyż potrafi wzruszać (29.07;2.08). Ceni prawdziwie wielkich artystów „GIGANTÓW”, którzy, niestety, najczęściej giną wśród karłów; młodym brak inteligencji (28.04), starszych gubi rutyna (3.01).

       Swą poezję uważa za finezyjną, choć nie jest okrzyczana (6.03). Po latach może okazać się, że właśnie ona będzie zdolna do rozbudzenia śmiałości do ”czynów niezwykłej rzadkości” (5.04).

       Poezja istnieje od wieków (1.03). Wielka poezja jest cenniejsza od złota, lecz często ginie wśród bełkotu, tj. poezji o niskich walorach (22.03). To ona przekazuje m.in. takie wartości, jak np. szlachetność (28.03). Wielka poezja jest żywa nawet po śmierci poety (7.08), gdyż poeta zamyka w niej duszę, która jest nieśmiertelna (1.10). By taką poezję tworzyć, poeta musi doskonale znać sekrety pisania, nie może być partaczem (26.11), musi być sobą i mieć coś do powiedzenia, a wiersz powinien .mieć żarliwość, głębię i siłę przekonywania (23.12). Naśladownictwo nie przynosi sukcesu.

       Jedną z istotnych cech poety to pracowitość(9.04). JSS drwi z tych, co uważają się za wielkich poetów, pisarzy czy w ogóle artystów, a w rzeczywistości tworzą kicze albo po prostu nic, lecz zdobywają nagrody, tytuły. Np. poeta, który pisze mało; „co nowy poemat to pauza”, tłumaczy Szekspira: 

                                                 „tak dobrze że trąbka zanika

                                                  za słoniem - …”

 otrzymuje doktora honoris causa, choć wyszedł z marginesu, był

                                                  „i prekursorem „NOWEJ FALI”

                                                  wszyscy się z niego naśmiewali” (25.11).

Inny „ponoć jest sławnym pisarzem”, choć „o utworach nikt się nie dowie” zdobywa nagrody, otrzymał też Orła Białego. Był sekretarzem w PEN-Klubie, potem został ministrem z ambicjami na premiera (26.11). Jeszcze inny, także „wybitny” literat, prezes PEN-Klubu, za swoje dzieło zebrał gromkie owacje, ale dedykację swojej książki rozpoczął od słów: „Panu Janu…”, co jest bardzo wymowne (17.11). Był jeszcze i taki pisarz (z dawnej nomenklatury), który zaraz po zmianie ustroju, zmienił tematykę swoich utworów, związał się  z paryską  „Kulturą”  i  pisze  jedynie  wspomnienia  z gułagów   w dodatku „z błędami i urojeniami” (24.11). JSS nie ceni ani takich literatów, ani ich utworów.

       Jest też przeciwny tłumaczeniu poezji napisanej w innym języku, gdyż jest zdania, że tłumaczenia nie oddają subtelności językowych, które każdy język posiada. Tłumacz nie jest w stanie do nich dotrzeć (10.07). Ponadto w każdym języku istnieją słowa, wyrażenia, zwroty, których nie da się przetłumaczyć z zachowaniem ich pierwotnego znaczenia. Dlatego, np. pomysł tłumaczenia „Zemsty” A. Fredry na język niemiecko-zuryski uważa za absurdalny(4.02).

       JSS jest artystą. Uważa, że poezja i dobra muzyka ma wielką siłę oddziaływania na człowieka (1.02). Muzyka towarzyszy człowiekowi wszędzie, nawet w chwilach grozy, np. pasażerowie Titanika, Estonii ginęli, a orkiestra grała. Również w obozach koncentracyjnych ludziom w pasiakach kazano śpiewać (1.10), na pogrzebach też gra się marsze żałobne.

       JSS jest przede wszystkim poetą. Pisaniu wierszy oddaje się całkowicie. Jak już wspominałam, swoją uwagę skupia na różnych sprawach dnia codziennego. Szczególnie uważnie przygląda się wszelkim wynaturzeniom i im poświęca wiele sonetów. Sam mówi, że chce pisać o tym, co mu leży „na wątrobie”, zwalczać warcholstwo, chocholenie, które się szerzy i przybiera groźne rozmiary (27.02). Wierzy w moc swojej poezji, w jej trwałe związki (5.04).

       Bardzo troszczy się o formę i wyraz artystyczny swoich sonetów. Przede wszystkim konsekwentnie  trzyma  się  9-zgłoskowego  wersu,  zachowuje  wymagany   układ  zwrotek i rymów. Zwraca uwagę na poprawność języka (2.04), nie używa wulgaryzmów (5.06).   Denerwuje   go   modne,   lecz  nieuzasadnione nadużywanie przedrostka „post-„ w języku prasy, polityki. Uważa, że to po prostu kpiny z języka polskiego (14.10).

        Lubi analizować znaczenia słów, odnosi je do różnych kontekstów, wskazuje możliwości interpretacyjne, np. jak można rozumieć słowo „normalność” (29.08). 

       Potrafi świetnie wykorzystać i wpleść do sonetu powiedzenia z języka potocznego (np.”dać dyla”, 13.03), przysłowia, porzekadła, np. „kwiecień plecień” (27.04) i in.

       Tworzy również wieńce sonetów, tj. 15  kolejnych wierszy powiązanych ze sobą tematycznie. W tomie POTEM są trzy takie wieńce: pierwszy od 1 do 15 listopada; drugi od 16 do 30 listopada; trzeci od 1 do 15 grudnia. Charakterystyczne jest to, że każdy ostatni  sonet   wieńca   skupia   puenty   poprzednich    14-tu.  Trudność polega nadym, że i  w  tym sonecie musi być zachowany odpowiedni układ  zwrotek i rymów, ale JSS nie ma z tym kłopotu. Jako przykład przytoczę pierwszą zwrotkę

ostatniego sonetu wieńca:

                                        

                                         „czas biegnie paruje kamfora”           a               (1.12)

                                         „świadomość przekłuta konkluzją”   b               (2.12)

                                         „nadzieja zasnuta iluzją”                     b               (3.12) 

                                         „zmieszane ze smutkiem Denora”     a               (4.12)

      

       Myślę, że zachowanie kanonów sonetu w takim podsumowaniu tematyki wieńca wymaga   talentu,  wprawy i  chyba  nie każdy   ze współczesnych poetów poradziłby sobie z tym problemem. Dlatego rozumiem nutkę goryczy zawartą stwierdzeniu, że nie jest należycie oceniany. Ubolewa, że czytelnicy  Księgi Guinnessa nie doceniają poezji. Poeta nie jest zawodnikiem i nie ściga się z innymi. W życiu często jest tak, że ten, kto mało pisze, otrzymuje nagrodę Nobla, a być może, z jego twórczości niewiele zostanie. Ten, co pisze dużo, ma więcej szans na to, że po latach może ktoś w pozostawionych dziełach odnajdzie choć jedno mądre zdanie i to już będzie sukcesem, może nawet cenniejszym od prestiżowej nagrody (27.07). Tak np. dziwi się, że nagrodzono Noblem włoskiego poetę Dario Fo, o którym redaktorzy „L'Osservatore Romano” nie chcieli słyszeć, a on sam uznał jego wiersze za nudne. Także z sarkazmem występuje o przyznanie pośmiertnie Nobla dla Franza Fischera, komunisty, który był asem literackich salonów Warszawy, lecz nie napisał ani jednego utworu literackiego, ale miał uznanie: „bo naród nie czytał a słyszał” (9.04). Poeta dochodzi do wniosku, że nie nagradza się tych, co piszą o szarej codzienności, o zwykłych sprawach (10.10), które przecież stanowią istotę życia każdego człowieka. Nie życzy sobie pośmiertnych odznaczeń. Liczy się to, co i za co dostaje się za życia (17.03). Przykro mu, że jego twórczość poetycka nie jest należycie doceniana, gdy wyznaje: „z mojej książki robią latawca”,  ale  ma  nadzieję:  „może  znajdzie  się  gdzieś  wybawca”  (17.08).     Marzy, by w księgarni znalazły się jego wiersze z płytami (9.01). Cieszy się, gdy jego dzieło ma szansę zaistnienia w świecie literatury. Tak np. wiele pozytywnych emocji dostarczyła mu wiadomość, że 1 kwietnia odbędzie się premiera jego książki, którą uważa się za unikat. Nie bardzo chciał w to wierzyć ze względu na datę: 1 kwietnia to Międzynarodowy Dzień Prawdy. Odbierał gratulacje, lecz w ich szczerość nie do końca wierzył (29.02). Jak każdy autor, który chce wydać swoje utwory, nie jest wolny od problemów z tym związanych. Chodzi o wydawców i wydawnictwa. Trudności pojawiają się już na samym początku, gdyż każdy z tej branży, a jest ich wielu, chce zarobić. Poeta obawia się, że w ostatecznym rozrachunku zamiast zarobku powstaną długi (10.01). Często wydawcy stawiają warunki, które uwłaczają godności poety, np. domagają się pisania podań, próśb, czego bardzo nie lubi. Zdarzyło się, że pani z wydawnictwa na bankiecie z okazji wydania tomu sonetów, pytała, co to jest sonet (20.10). Musi się na wszystko godzić, bo inaczej nie można (8.08). Nie chce się jednak sprzedawać za przysłowiowe grosze. Woli swoje wiersze rozdać dla przyjemności lub po prostu zniszczyć, gdyż trzyma się zasady „do ut des” =  „daję,  abyś mi dał”, która działa w obie strony (6.06). Nie szuka przecież łaskawcy i nie oczekuje jałmużny (14.08), bo wiersze też są towarem i jak każdy, mają swoją cenę (2.09) .

       Jak widać, samo napisanie utworu nie wystarcza. Twórca musi pokonać wiele nieartystycznych   barier, co nie ułatwia mu życia. M.in. i z tego powodu zdarzają się w życiu poety dnie, chwile, które nie cieszą. Drażni np. ciągłe czekanie na dobrą wiadomość, telefon, przesyłkę (9.03;17.07).

       Proza    życia,   przeciwności   losu    nie   omijają   artystów,   poetów.   Zna  je   i   JSS, a jednym z nich, brzemiennym w skutkach, była kradzież dokumentów. Poeta nie wini złodzieja, lecz siebie. Przez nieostrożność umożliwił mu dokonanie tego czynu (24.03). Rozpoczął się denerwujący, długotrwały proces odtwarzania paszportu polskiego, dowodu tożsamości. Najpierw musiał zrobić odpowiednie zdjęcie, co pociągało za sobą dodatkowe koszty. Nie był to wprawdzie powód do rozpaczy, ale stał się przyczyną złego humoru (11.04). Potem okazało  się,  że  otrzymanie  paszportu   jest   uwarunkowane zaświadczeniem   o   stałym    zameldowaniu, a nie o stałym zamieszkaniu (4.07). Konsulat polski nie chciał pomóc. Ciągle słyszał słowa: „nam pańskie słowo nie wystarczy” (15.07).  Piętrzono trudności, co doprowadziło poetę do prawie desperackiej myśli: „już nie chcę polskiego paszportu” (12.09).  Potem    musiał    zapłacić   jeszcze  206  franków  za  zaświadczenie  z tłumaczeniem i uzbroić się w cierpliwość, gdyż nadal kazano mu czekać (8.10). Wreszcie otrzym upragniony paszport, choć nie bez małego oszustwa: wystawiono datę 17.09, a był to 23. 10. (23.10).  Nie  dziękował,  bo  nie  miał za co, ale cieszył się,  że  mógł  wreszcie podróżować. A podróżować lubił, nawet bardzo. W sonetach z POTEM np. wymienia: wyspę na Lago Maggiore (29.04), Giumaglio (30.04), Hiszpanię, Berno (22.05), Jugosławię (24.08), Paryż, Berlin, i inne miejsca, gdzie przebywał służbowo lub wypoczywał. Czas, w którym nie pisze, spędza różnie, np. spaceruje  (2.01),  przygotowuje  i przyrządza  posiłki,  jeździ  do  źródeł    leczniczych w Baden (11.02), wędruje po wzgórzach winnic w pobliżu Renu (18.09), jeździ po Zurychu tramwajem, nawet dwa razy tą samą trasą, kiedy ma na to ochotę, podróżuje pociągiem, jeśli zachodzi taka potrzeba, a niewygody podróży rekompensuje sobie możliwością podziwiania krajobrazu z okien pędzącego pociągu, choć posiłek w wagonie restauracyjnym przypłaca bólem wątroby;„bólem pokonsumpcyjnym” i bezsennością (21.08);  chodzi  do teatru (27.09),  przyjaciołom-artystom  organizuje  autorskie   spotkania z publicznością (19.09) – po prostu żyje, jak każdy inny zwykły człowiek.

       Szczególnie ceni sobie prawdziwą przyjaźń. Chce i potrafi pomóc, jeśli ktoś na tę przyjaźń zasługuje. Tak np. wyjazd do Berlina przyjaciela, niemieckiego Żyda, wprawia go w   ponury   nastrój,   bo wie, że ten człowiek nigdy  nie będzie tam u siebie, zawsze   będą w  nim   widzieć    cudzoziemca.    Od    problemów też nie ucieknie. W pożegnalnej rozmowie zapewnia, że zawsze może na niego liczyć (7.04).

       Nie uznaje za przyjaciół tych, którzy oczekują pochlebstw, a kiedy ich nie słyszą, obrażają się (8.08). W życiu doznał wielu zawodów, a najbardziej zawiedli znajomi, którzy nazywali się jego przyjaciółmi. Jest przekonany, że gdyby w swoim czasie, np. został zatrzymany na granicy za przylepioną mu etykietkę komunisty:

                                           

                                        

                                           „chodziliby wszyscy nadęci

                                           i nie miałby kto protestować” (16.05).

 

Dlatego stał się ostrożny w zawieraniu znajomości, a tym bardziej przyjaźni.

       Jak   już   nadmieniałam,    JSS   pilnie   śledzi   wydarzenia,   o   których   donosi  prasa i czasopisma. Nie wszystkie jednak czasopisma cieszą się dobrą opinią poety. Tak np. ma wiele zastrzeżeń do paryskiej „Kultury”. Przyznaje, że jej nie czyta i nie uważa, że z tego powodu   świat może się zawalić (28.01). Trzy razy mieszkał w Paryżu, bywał w różnych środowiskach, także artystycznych, zajmował się również różnymi sprawami związanymi z kulturą, lecz: 

                                           

                                               „… o „Kulturze” nie słyszałem”.

 

Dopiero po jakimś czasie, będąc już w Zurychu, nagrodzony Francois Bondy wspomniał, że uczestniczył w jakiejś „ paryskiej” debacie, ale zapamiętał jedynie wspaniałe jedzenie (26.10).

      Uważa, że czasopisma literackie nie prezentują czytelnikowi prawdziwie wielkiej literatury. Jest to zwyczajna makulatura, nie warto ich czytać, gdyż bardzo często miesza się w nich nieuzasadniony entuzjazm „z nostalgią nicości”, brak im określonej ideologii i rzetelnej wiedzy. Stan taki nazywa patologicznym i dlatego niegodne są czytania (20.04).

        Także poziom  „Gazety Wyborczej” nie budzi zachwytu poety. Uważa, że czytanie jej to strata czasu (14.05), a w „GAZECIE” drukuje się jakieś bzdury o zmarłej poetce wypowiadane przez niekompetentnych dziennikarzy, którzy mieszają i nadużywają znaczenia słów z „eks-„ i „post-„, lecz uchodzi im to bezkarnie, bo umarli nie mogą się bronić (6.05).

       Nagannie   ocenia   manipulacje   wyborcze   zespołów   redakcyjnych   w „GAZECIE”. W swoim czasie naczelnym był Słupnik, ale chciano go zmienić na Zupnika, lecz  po „POSTrewolucji” wygrała „EKSewolucja” i Słupnika zastąpił Wyrostek. Głupie spory  dały przegraną (22.11). Prezesem został skromny, uśmiechnięty Iwan, który nie potrafił rozwiązać   żadnego   problemu,  ale  z dnia na dzień stawał się coraz ważniejszy i groźniejszy. Sukces przewrócił mu w głowie, bo „nie daj Boże z Iwana pana”. Nikogo o radę nie pytał.  Zraził  do  siebie i swoich, i obcych, więc i jego nie chciano (28.11).  Poeta  jest  zdania, że  te wyborcze „przepychanki’  rzutują  na  poziom i poczytność „GAZETY”.

       JSS nie ma też przekonania do telewizji, gdyż za dużo w niej obłudy, a spikerom brak temperamentu. I to jest powód, dla którego nie chce z nią współpracować (29.01).

       Potępia te audycje Radia Maryja, w których dominuje propagandowość, cyniczna zawziętość przeciwko domniemanym wrogom. Zamiast do świętości pojawiają się wezwania do walki klasowej. W audycjach razi brak pokory, refleksji nad sprawami duszy, a słuchaczom serwuje się zwyczajne „pranie mózgów” (13.03). Po prostu jest to polityka, która w takim radiu nie powinna mieć miejsca.

       Jak trafne były to spostrzeżenia, świadczą toczące się  w środkach masowego przekazu dyskusje na temat Radia Maryja. Właśnie w nich  stawia się zarzuty, które poeta znacznie wcześniej zauważył i utrwalił w swoich sonetach.

       W ogóle mieszanie polityki z jakąkolwiek działalnością kulturalną, wg poety, jest co najmniej nie na miejscu (9.04). Pisze, że ucieka od polityki  w poezję (11.06), lecz jego sonety dowodzą,   że niezupełnie mu się to udaje. Tak np. zauważa, że zmiany w polityce maja charakter cykliczny. Przypuszcza, że za jakiś czas potępiani obecnie komuniści znajdą swoich zwolenników i to dla nich będą wybuchały petardy, wystarczy że:

                                                 „powoła się na demokrację

                                                 jakiś spóźniony pomyleniec

                                                 wodzowie będą mieli rację” (3.10).

       Obserwacje różnych scen politycznych doprowadziły go do wniosku, że właściwie zawsze do władzy dochodzą osoby niekompetentne, które dopiero po jakimś czasie odsłaniają swoje prawdziwe oblicze, a jest na nim: chciwość, przestępczość, oślizgłość zaskrońca. Stąd retoryczne pytanie: „czy trzeba zaczynać od końca”, by przeżyć kolejne rozgoryczenie i rozczarowanie? (24.01).

       Z sonetów zawartych w „POTEM” wynika, że poeta  najwyraźniej nie lubi liberałów, gdyż nie przywykli do pracy (11.06), a rojaliści nie są zdolni do zmiany porządku społeczno-politycznego  (6.01). Wartości, którym hołdują partie lewicowe i prawicowe, od czasów Chrystusa uległy przemieszczeniom: po prawicy stał zdrajca Judasz i dręczyciel Piłat, po lewicy biedacy i Chrystus. Potem Konstantyn „obrócił bieguny” i nastąpiło przewartościowanie pojęć. Dlatego stawia pytanie: „Czy Kościół wróci do lewicy” (27.03), która dziś ma zupełnie inne poglądy? Ale niepokoi go i to, że Kościół przechyla się ku prawicy, gdzie „zdrajca i dręczyciel” (27.03).

       Nie popiera ani liberałów, ani komunistów (30.07). Przychylności poety nie zdobywa również polityk „środka”. Ten tylko dogadza swoim upodobaniom, jest żądny władzy, choć nie sprawdził się jako polityk ani lewicy, ani prawicy (29.09). 

       Poeta dostrzega i tę niedobrą tendencję, że każda partia chce mieć swego ministra (30.10), by mieć możliwość manipulowania prawem, bowiem ministrowie mają wpływ na prokuraturę, dzięki  czemu  wielcy przestępcy mogą liczyć na pobłażliwość, ułaskawienie, a nawet na wykreowanie się na bohatera. Poeta jest zdania, że szpieg zawsze będzie szpiegiem, niezależnie od motywów działania (7.10;28.10).

       Wydarzenia w Albanii wyrobiły w nim przekonanie, że naród może być niszczącą siłą, trudną do opanowania, jeśli przekształci się w masę. Wówczas do władzy dochodzą bandyci z różnych partii (15.03). Dlatego jest przeciwny rządom masy, która ma przesłanki, by stać  się gawiedzią, bo nigdy nie wiadomo, jak się zachowa. Demokracja, która nie wszędzie i nie zawsze jest zdrowa, skupia w sobie różne indywidualności, niezdolne do jednokierunkowego działania (20.07). Poeta akceptuje i utożsamia się z masą, która nosi nazwę lud (30.07).

       Twórca sonetów tomu „POTEM” jest przeciwny wszelkiemu zabijaniu, które towarzyszy ludzkości od jej zarania, począwszy od pierwszych chrześcijan po współczesnych Jugosłowian (20.09). Potępia wszelkie zbrodnie, także niemieckie na Januszu  Korczaku   i   dzieciach.  Ubolewa, że  współczesny,  przeciętny  Niemiec niewiele o tym wie, a zbrodniarze nie zostali ukarani, żyją w Niemczech „zdrowi i cali” (5.08).

       Jest zwolennikiem kompromisów, rozmów „przy okrągłym stole”, gdyż zawsze należy być otwartym na przemiany, które nie są rewolucją i nie niosą ze sobą zniszczeń (6.02).

       Uważa  też,  że i wolność  musi  opierać  się  na  jakichś  zasadach,  mieć  określone granice i hamulce.  Wszelka  przesada jest zawsze szkodliwa. Myśl tę świetnie zilustrował rozbudowaną w obraz metaforą: ulica ma rozległe prawa, ale też i ograniczenia w postaci świateł, znaków drogowych, którym musi się podporządkować.   W przeciwnym   razie  nie będzie bezpieczna. Podobnie jest i w społeczeństwie. Bezgraniczna wolność jest szkodliwa. Poeta nazywa ją „chorobą nadmiaru wolności” (26.01).

       JSS nie akceptuje tez tendencji zmierzających do tworzenia kontynentalnych wspólnot narodowych. Uważa je za zagrożenie dla odrębności poszczególnych nacji. W dalekiej przyszłości człowiek stanie się obywatelem świata, a pozostanie „tylko NARÓD  WYBRANY w przodzie”  (21.06).

    A w ogóle łączenie ze sobą skrajnie różnych środowisk czy kultur jest niezdrowe, szkodliwe i trudnego przyjęcia przez obie strony, gdyż burzą spokój sumienia i w efekcie „jest dusza w odciskach”. Pogląd swój obrazuje umieszczeniem obok siebie w Centralnej Składnicy Księgarskiej poezji Cz. Miłosza i książki kucharskiej, w bardzo nieporównywalnych cenach na rzecz tej drugiej (12.04).  

       Z wyłuskanych z wielu sonetów tomu POTEM informacji na temat stosunku poety do  polityki wynika, że ich twórca ma wyrobione zdanie na ten temat. Być może, że jest ono inne niż  prezentowane przez zawodowych polityków, ale to jest jego pogląd, do którego ma święte prawo.

Przyznaje, że jest indywidualistą, ale ani socjalistą, ani  komunistą, choć za takiego niektórzy go uważają, jest zwykłym awenturystą (14.05).

       Mimo iż zdecydował na stałe zamieszkać w Szwajcarii, nigdy nie ukrywał i nie wstydził się, że jest Polakiem, nigdy nie wyparł się Polski (19.04). Tak np. używa zwrotu  „my Polacy” (7.02),   sonety   pisze    w  języku   polskim   i  stale troszczy się o czystość ojczystego języka. Oburza się na takie zachwaszczenia, jak choćby dziwaczne spolszczenia typu: „VIP-y przyjechały” (27.06).

       Choć w Szwajcarii czuje się dobrze, to jednak od czasu do czasu odzywa się w nim nutka tęsknoty za Polską. Kiedy zwiedzał Galerię Wiejską w Zukenriet, oglądane obrazy przywołały wspomnienia:

                                            „zamek i w grocie Matka Boska

                                            powszechnie znajome dziedziny

                                            to samo a jednak nie Polska”    (10.08).

        Przebywał    dłużej    lub   krócej   w   różnych   krajach,   lecz zawsze czuł się Polakiem i uważa, żeby być  patriotą  niekoniecznie  trzeba  mieszkać  w kraju (16.09).  Zawsze stawał w obronie Polski i Polaków (16.12), ale też potrafi dostrzegać to, co nie przynosi chwały polskiemu narodowi.

         Jedną ze słynnych, aczkolwiek niechlubnych, cech charakteryzujących Polaków jest  nadmierna skłonność do alkoholu, po prostu pijaństwo. Wadę tę wytykało i ośmieszało już wielu poprzedników poety (np. choćby Mikołaj Rej, Jan Kochanowski, Ignacy Krasicki i in.), ale mimo upływu wieków nadal jest etykietką przyklejaną Polakom, i Jan Stanisław Skorupski (JSS), polski poeta współczesny, z bólem stwierdza w swoich sonetach, że pod tym względem nic się nie zmieniło

                                      „na zdrowie niech żyją rodacy
     
                                          Zygmunta dzwon bije na trwogę
  
                                             wypijmy więc „na drugą nogę”
                   
                            junacy – w domyśle pijacy” (7.02).

Ostre słowa, ale jakże boleśnie prawdziwe! Kto żyje w Polsce i otarł się o zwyczaje Polaków, ten wie, że Polak zawsze wypatrzy okazję do picia. Oczywiście, że nie każdy, ale wielu. Jak widać, ten rodzaj przypadłości narodowej doskonale zna JSS i uważa ją za niechlubne dziedzictwo przeszłości.

Pełniejszy obraz współczesnego Polaka został nakreślony w sonecie „12 marca”. Wskazał w nim poeta na takie przywary, jak: wzajemne szkalowanie się, konserwatyzm, potępianie zwyczajności, lenistwo, nadmierna skłonność do partyjniactwa, cwaniactwo, chocholstwo, szykany, złośliwość, podejrzliwość. Nieobcy jest też wielu Polakom snobizm:

                      „oni tego nie rozumieją
                                 że kiedy kupują zegarki
                                 to z nich sprzedający się śmieją”
(10.06).

Wady te pielęgnują i ci, którzy kraju nie opuszczają, i ci, którzy próbują poprawić swoją sytuację nielegalną praca poza jego granicami. Najczęściej pracują tam fizycznie, dorywczo i nie w wyuczonych zawodach. Wkładają wiele wysiłku, by przetrwać. Dlatego tworzą przedziwne projekty, nawet zapisują się do różnych sekt, a w końcu wyjeżdżają, pozostawiając za sobą niedokończone sprawy i niezapłacone rachunki. Jeżeli nawet postępują podobnie zaledwie jednostki, to i one przyczyniają się do tworzenia niepochlebnego wizerunku Polaka za granicą. JSS w swoich sonetach wyraża nie tylko dezaprobatę dla podobnych zachowań, ale też i oburzenie, że nikt w Polsce nie dostrzega problemu skoro po powrocie do kraju:

        „inżynier znów mieszka w Warszawie
wyjeżdża też do Kazimierza
                                   
  poza tym wciąż głucho w tej sprawie” (19.11).

Z przytoczonych przykładów wynika, że JSS doskonale zna mentalność Polaków, ich narodowe, genetyczne wady, a skoro je piętnuje w swej poezji, to znak, że pragnie, by Polaka  postrzegano  w  świecie   jako   człowieka   wartościowego,   który   wiele   potrafi, a przecież takich nie brak zarówno w kraju, jak i poza jego granicami.

W analizowanym cyklu sonetów z „POTEM” sporo krytycznych uwag odnosi JSS do ówczesnych polityków, władz rządowych i samorządowych, w ogóle do polskiej polityki. Zacznę od powtarzanego w sonetach wyrażenia: „choroba nadmiaru wolności” (np. 17.01;  5.12). Odzyskana po 45 latach komunistycznego totalitaryzmu wolność stała się chorobą, która przybrała kształt politycznego bełkotu, nieuzasadnionych roszczeń, cwaniactwa, chocholenia, hołdowania cynicznej obłudzie i złości, pogardy dla narodu, odrzucania wartościowych i trwałych zdobyczy historii – zauważa twórca sonetów „POTEM”. Z owego „ nadmiaru wolności” zabrakło miejsca na rzetelność zapewnień przedwyborczych, na wdzięczność za pozytywne, historyczne dokonania, na szacunek dla wiedzy. Rozpanoszył się cynizm i obłuda (12.05; 5.12). Władza nie liczy się z narodem, jego odczuciami i potrzebami. Szary obywatel nie ma żadnego wpływu na decyzje rządzących. Panuje chaos polityczny, a stanowisko w rządzie jest przepustką do samowoli:

„prominent chatę wybudował
                           w lesie nie na swoim terenie”
(13.08).

Liczy się chytrość, siła wzajemnych oskarżeń o popełnianie identycznych nadużyć. Nazywają siebie „polityczną klasą” i chyba z tego tylko powodu szafują słowami: konstytucja, rewolucja. W rzeczywistości są zakłamani, nie dotrzymują przedwyborczych przyrzeczeń, ciągle wymuszają jakieś roszczenia, zamieniają się stołkami bez konsekwencji – po prostu oszukują naród, swoich wyborców (17.02). Szczególnie w okresach przedwyborczych aż roi się od konkurencyjnych partii, które w wyścigu po rządowe stołki zapominają o szlachetnych celach swych misji. w tym zaborczym pędzie wszyscy są do siebie podobni. Dlatego nieważne, kto wygra, ważniejsze, kto kogo oszuka, „przekręci”, „omami”, bo potem, jak w chorobie Alzheimera, wystarczy powiedzieć, że się nie pamięta, kto kim był w przeszłości i co obiecywał (5.10). Przy tworzeniu rządu, obsadzaniu państwowych stanowisk nie bierze się pod uwagę kompetencji osób, lecz prowadzi się dywagacje typu: ten nie może być ministrem, bo jest zbyt bogaty, a tamten „pyskaty”, a ten bez tytułu magistra. Najważniejsza jest partyjność, a każda partia chce mieć w rządzie swego „ministrunia” (30.10).

JSS zauważa, że na świecie partie liberalne zaledwie mieszczą się w limitach. W Polsce jest na odwrót: tzw. „lewica” (w rzeczywistości liberałowie z dziewiętnastowiecznymi poglądami) tryumfuje, choć ewidentnie wiedzie naród do zguby, gdyż zachwala kapitalizm, który szerokim masom nie pozwoli na dostatnie życie, bo liberalizm sprzyja bogatym, biednych skazuje na głód (1.06). Jak widać, JSS bardzo negatywnie ocenia polską sytuację polityczną. Potwierdzenie swego punktu widzenia znajduje w wypowiedzi artysty Zbigniewa Preisnera dla „Rzeczypospolitej”, którą w swym sonecie cytuje:

                                             „nie potrafię żyć w kraju kłamstwa
         
                                              głupoty przekrętów i chamstwa” (3.04).

Poeta dostrzega, że Polacy są rozgoryczeni i zmęczeni nieudolną polityką kolejnych rządów (dlatego niechętnie uczestniczą w wyborach, referendach). Drażnią ich kłótnie i spory (28.05), a uchwalona konstytucja, którą złośliwie, aczkolwiek trafnie, określił „Konstytucją w TROSCE” (25.05), choć jeszcze dobrze nie weszła w życie, a już wymaga niezbędnych poprawek. Uważa, że uchwalona konstytucja jest niejako prywatyzacją instytucji, która niczego nie gwarantuje (29.05), jest dwuznaczna, rozwlekła, pozwala na manipulowanie prawem, gdyż jedno prawo może służyć wielu przeciwnym sobie sprawom, np. ukaraniu przestępcy i uczynieniu go bohaterem (7.10). Właśnie dlatego nie uznaje obchodów rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja, gdyż wówczas i teraz

                                                  „konstytucja TO zakłamanie”(3.05) .

Analiza sonetów składających się na cykl tomiku „POTEM” pozwala dostrzec i taki fakt, że ich twórca nie ogranicza się do ujawniania wad polskich polityków i ich dokonań, ale też stara się dotrzeć do przyczyn takich postaw i takiej działalności. Za jedną z nich uważa to, że swoją kulturę polityczną (i językową) kształtują jedynie w oparciu o lekturę polskich gazet (książek nie czytają), których poziom bardzo nisko ocenia (26.01). Nie mając własnego zdania, powtarzają cudze myśli, cytują krytyków z językowymi frazesami i ich pustosłowiem (27.01). Nawet tak wysokiej rangi polityk, jak „Pan Marszałek”, okazał się ignorantem w zakresie posługiwania się poprawną polszczyzną, gdyż błędnie odmienia nazwę kraju, w którym sprawuje tak wysoki i zaszczytny urząd. Chodzi o odmianę rzeczownika własnego Rzeczpospolita, który w przypadkach zależnych przybiera formy: Rzeczypospolitej , -tą, a nie Rzeczpospolitej, jakiej to formy używa ten państwowy dostojnik. Poeta jest zdania, że nawet takim ,zdawałoby się, drobiazgiem naraża siebie i swój urząd na śmieszność ze strony nawet średnio wykształconych Polaków (2.04). Ten sam problem z odmianą nazwy kraju, którym rządzą, mają też inni posłowie, burmistrze, wójtowie. Dlatego mówi z przekąsem:

     „gdy w przyszłym orędziu bez wpadek

znów RZECZY braknie w celowniku
    
            od śmiechu zaboli mnie zadek” (2.04)

 

i:

                                               „to trudność która ich przerosła
                                            
            niechlujstwo objawem jest chamstwa” (31.10).

Inną przyczynę politycznego chaosu upatruje autor cyklu „POTEM” w tym, że polscy politycy i w ogóle Polacy zbyt często zmieniają poglądy (3.05). Refleksje na ten temat snuje z okazji obchodzonego 9 maja Dnia Zwycięstwa. Zauważa, że ci, co śmiało szli po zwycięstwo w 1945 roku, obecnie z tego szydzą, a ci, którzy dziś niszczą pomniki, niedawno temu krzyczeli ‘niech żyje”, wczoraj nazywali się marksistami, dziś mienią się kapitalistami („9 maja”). Szczególnie krytycznie ocenia polskich komunistów. Wytyka im niestałość poglądów, zdradę własnych przekonań:

                                              „trzy razy w swym życiu zdradzali
                                              
         i Boga i partię i siebie” (17.04),

a ich tłumaczenie tzw. potrzebą chwili uznaje za co najmniej banalne, gdyż w gruncie rzeczy zawsze obawiali się tylko jednego, tj. utraty stanowiska, władzy. Właśnie dlatego fałszowali fakty, kreślili złudne obrazy świetności komunistycznej, poparte pustymi frazesami, aż wreszcie zdradzili sami siebie rękami nowej, młodej generacji komunistów (17.04), chociaż w uchwalonej konstytucji „komunizm jest rzeczą wyklętą” (16.05). Wśród nich roi się od hipokrytów, którzy na razie milczą, a w końcu i tak zostaną bohaterami. Podobnej, niechlubnej przemianie uległo wielu polskich dziennikarzy. Jeszcze niedawno oklaskiwali PRL, a teraz zmienili opcję, wykazując przebiegłość lisa. Nie widzą, a może nie chcą widzieć, że w ten sposób, bez żenady, ujawniają swą hipokryzję i błazeństwo (1.08; 24.11). Poeta nie może pogodzić się z taką postawą i wyraźnie ją piętnuje.

Według JSS przyczyna polskiego politycznego chaosu tkwi również i w tym, że władza całkowicie ignoruje problemy, a czasem nawet dramaty narodowe. Tak np. w czasie powodzi, która bardzo boleśnie dotknęła wielu Polaków, niektórzy politycy wyjechali do Włoch na beztroskie libacje (9.08; 11.08). Oburza poetę ich snobizm, egoizm, który przejawia się w wyłącznej trosce o zaspokojenie własnych przyjemności nawet w czasie żywiołowych klęsk, krótkowzroczność działań, brak odpowiedzialności i w ogóle zwyczajna głupota. Oto wojewoda katowicki beztrosko naraża przypadkowych adresatów na kosztowne tłumaczenie podziękowania za rzekomą pomoc dla powodzian, natomiast sumy te mogłyby być przeznaczone na konkretną pomoc (7.09). Rażą i oburzają poetę takie bezsensowne gesty rządzących . Sam w sonecie „12 lipca’ wyraża powodzianom swoje głębokie współczucie z powodu poniesionych strat.

Polityczny i  społeczny chaos w  odrodzonej Rzeczypospolitej uwidacznia się także w tym, że orderami odznacza się i wynosi na ołtarze bohaterstwa dawnych prominentów, których czasy świetności przeminęły z powodu utraty zdrowia wskutek prowadzenia niehigienicznego trybu życia, a medale i odznaczenia mają im rekompensować niskie, ich zdaniem, renty i emerytury (23.11).

Szczególnie drażnią poetę wymówki tzw. patriotów na obczyźnie, którzy oficjalnie deklarują chęć powrotu do kraju, jednakże zawsze znajdują powody, by nie wracać. Ciągle podkreślają swe zasługi, bohaterskie dokonania na rzecz ojczyzny, czym wymuszają aplauz dla swej osoby. JSS nazywa ich twórcami „własnego dramatu” (8.02). Nie znajdują przychylności poety również ci, którzy uciekają z Polski rzekomo przed komunistami, a w rzeczywistości od rodaków z nadzieją na rajskie życie za granicą i przyjęcie z otwartymi ramionami. Najczęściej spotyka ich rozczarowanie. Najpierw muszą przebrnąć przez przedsionek piekła z płonną nadzieją na raj, do którego droga nierzadko okazuje się wprost zgubna (8.06). JSS doskonale orientuje się w sytuacji polskich emigrantów i w tym sonecie ostrzega potencjalnych amatorów na lepsze życie w obcym kraju, twierdząc, że zawsze są tam obcymi i nigdy nie będą pławić się w „ONYCH zwyczaju”. Nieprawdziwe informacje o  szybkim dorobieniu się majątku na obczyźnie to przyczyna wielu tragedii i dramatów rodzinnych, co nie sprzyja budowie więzi społecznych.

W wielu sonetach analizowanego cyklu można znaleźć uwagi na temat polskiej polityki zagranicznej. Między innymi poeta dziwi się euforii Polaków z powodu wejścia do NATO. Przypomina, że w przeszłości Polska nigdy dobrze nie wychodziła na zawieraniu podobnych paktów, traktatów (8.07), gdyż przekreślały szanse na zjednanie zwaśnionych stron, a o Polakach mówiono i nadal będzie się mówić, że są pomyleni, cuchnący, leniwi i ospali; „polish jokes z polką w przytupie” (9.08).

Krytycznie ocenia też JSS urzędniczą działalność polskich ambasad za granicą (12.09; 13.09). Na przykładzie polskiej ambasady w Bernie ukazuje, jak polscy urzędnicy piętrzą trudności przy załatwianiu spraw. Szwajcarski urzędnik okazał się bardziej przychylny Polakowi (autorowi) niż polski konsul. Jego postawa budzi nie tylko zdumienie, ale uzasadnione oburzenie. Dlatego poeta stwierdza z ironią, że podobny tryb urzędowania nie wiedzie do Europy, a raczej

                                                             „na Kamczatkę!”

Te i inne spostrzeżenia utwierdzają go w przekonaniu, że daleko Polsce do Europy (15.09) m.in. i dlatego, że bliższe wydają się Stany Zjednoczone, co przejawia się w naśladownictwie stylu i kultury amerykańskiej (kowbojski kapelusz, blichtr nowobogacki, mamona, zimna kalkulacja, afirmacja siły i przebojowości). Nie podoba mu się to, że otumaniony naród nie szanuje rodzimych tradycji, że hołduje prostactwu, a cały ten pęd do świata podciąga pod „pluralizm i demokrację”.

Jak widać, autor sonetów z „POTEM” jest bardzo mocno związany z krajem. Ubolewa nad brakiem szacunku ze strony samych Polaków do tego co nasze, polskie, rodzime. Gani naśladownictwo obcych kultur, które jest w Polsce wykładnikiem nowoczesności i postępu.

Nie cieszy się też akceptacją poety stosunek współczesnych Polaków do różnych rocznic, wydarzeń historycznych, bardziej lub mniej hucznie obchodzonych. Tak np. jest przeciwny świętowaniu rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja, która okazała się zakłamaniem (3.05). Także rocznica powstania warszawskiego każdego roku ma coraz bogatszą prasę, ale pełno w niej wzajemnych pomówień żyjących jeszcze uczestników powstania, których, o dziwo, z każdym rokiem przybywa, choć data się oddala. Ciągle nierozstrzygnięty pozostaje dylemat, kogo uznać za autentycznego bohatera: czy tego, co zabijał, czy tego, kto wykonywał zwykłe w takich okolicznościach czynności, stanowiące jednak ważne elementy prowadzonej walki. W zakończeniu sonetu autor gorzko konkluduje: bandyta zawsze bandycie sprzyjał, a zwycięzca, jak zwykle, zmieniał hipoteki (6.08).

Nie zapomniał JSS o rocznicy bitwy warszawskiej znanej pod nazwą „cudu nad Wisłą”, o której pierwszych wiadomości dostarczył mu jego dziadek Bednarski. Analizując jej znaczenie dla Polski i Europy z perspektywy kilkudziesięciu lat i z dala od Warszawy, postrzega jej przełomową rolę, ale inaczej ocenia rolę marszałka Józefa Piłsudskiego (15.08), wyraża też zdanie na temat bohatera narodowego – Tadeusza Kościuszki. Naczelnik powstania słusznie nie do końca wierzył w uczciwość rządzącego Europą Bonapartego, dlatego pod koniec życia spokojnie „żył w Jurze”, umilając sobie czas spacerami w Solurze (15.10).

Z przykładów tych wynika, że JSS ma własne, wyrobione zdanie na temat znaczących w historii polskiej zdarzeń i postaci powszechnie uważanych za nieskazitelnych bohaterów narodowych. Wypowiedzi na ten temat są świadectwem jego   analityczno-refleksyjnego stosunku do przeszłości, do wydarzeń historycznych i  roli postaci na trwale wpisanych w nasze dzieje. Ale nie tylko sprawy związane z historią Polski wzbudziły zainteresowanie twórcy sonetów zamkniętych w zbiorku „POTEM”. Wiele z nich dowodzi, że ich autora równie żywo , a może nawet przede wszystkim, obchodzą wydarzenia aktualne, które miały miejsce w Polsce w ostatnich dziesięcioleciach XX wieku. Tak np. wyrobił sobie określony stosunek do zwycięstwa ruchu solidarnościowego, który stał się sprawcą zasadniczych zmian ustrojowych i społeczno-ekonomicznych w naszym kraju i na świecie. Poeta nie wierzy, że zrywy „Solidarności”, prowadzone pod hasłem za wolność i demokrację, rzeczywiście przyniosą poprawę życia średnim i najuboższym klasom społecznym. Doskonale wie, że kapitalizm jest bezwzględny, łatwo w  nim stracić pracę, a wiedza i fachowość nie zawsze (i nie wszędzie) znajduje uznanie. Przede wszystkim liczy się przebiegłość i pazerność (22.09), dlatego biedni będą jeszcze biedniejsi, a liczba nowobogackich      będzie    się    powiększać    (23.09),     co     też    sprawdziło  się w ostatnich latach. Nie podoba mu się również postawa wielu solidarnościowców, którzy:

                                         „buńczuczniej machają szablami

                                          niż Herod za czasów Dzieciątka”

i dlatego „koniec” dostrzega w „ początkach” (9.12), co również okazało się prorocze. Natomiast akceptuje te audycje Radia Maryja, którym przyświecają hasła:

                                              „nie rozkradajcie polskiej ziemi”
                                         
              „dajcie ludziom to co im trzeba”
                                          
              „zapewnijcie im kromkę chleba” (20.12),

ale równocześnie ostrzega ojca Rydzyka, by zbytnio nie ufał prawicy, która myśli wyłącznie o zdobyciu dla siebie korzyści materialnych.

Czas okazał, że prognozy poety były słuszne. „Solidarność” przepadła, prawica wepchnęła kraj w dół ekonomiczny. Zatem uzasadnione wydaje się twierdzenie, że JSS doskonale znał mechanizmy politycznych działań kolejnych rządów i różnych partii i dlatego trafnie przepowiadał ich skutki. Jego wypowiedzi na ten temat wyprzedziły fakty i dlatego można je  nazwać   „znakami   ostrzegawczymi”.   Uważam,   że   taka postawa poety nakreślona w  sonetach z  „POTEM” jest wyrazem najwyższej troski o przyszłość narodu i kraju, z którym czuje się mocno związany.

W społeczeństwie polskim żyje wiele różnych mniejszości narodowych. Swoistą grupę stanowią tzw. Ślązacy, których historia w różnych okresach dziejowych różnie z Polską wiązała. Ślązacy byli problemem w przeszłości, są nim i dzisiaj. Raz mienią się Polakami, to znów deklarują swą przynależność do Niemców. JSS dostrzega ten problem i nie akceptuje postawy tej grupy narodowej, która zależy od aktualnej, politycznej sytuacji. Zaraz po wojnie „mówili dumnie MY POLACY”, a pięćdziesiąt lat później „...JESTEŚMY NIEMCAMI” (31.10), a przez cały czas używali gwary śląskiej. Kiedy do rządu i rządzącej partii weszli politycy ze Śląska, komentarz poety jest kąśliwy: „raz jeszcze Śląsk wraca do Polski”. Ta przewrotność i chwiejność Ślązaków nie znajduje zrozumienia u poety, a że i tej sprawie poświęcił wiersz, dowiódł, że interesuje go wszystko, co w Polsce się dzieje i przekazuje na ten temat swoje zdanie.

Przeanalizowane pod kątem Polaków i spraw polskich sonety JSS zawarte w tomie „POTEM”  dowodzą, że stanowią poetycki zapis problemów, z którymi borykała się Polska i  Polacy schyłku XX wieku.

Przebywający od lat poza granicami kraju Jan Stanisław Skorupski swoimi sonetami przekonuje czytelnika, że sprawy, o których pisze, zawsze były i są mu nadal bardzo bliskie, że jego polskie korzenie są mocne i trwałe. Wykazuje także doskonałą znajomość polskich realiów politycznych, społecznych i ekonomicznych, problemów dużych i  małych, i z otwartością godną pióra wielkich swoich poprzedników literackich piętnuje przywary narodowe i błędy polityczne. Wiele spostrzeżeń poety można zaliczyć do proroczych, gdyż zaledwie w kilka lat po ich opublikowaniu w sonetach znalazły potwierdzenie w polskiej rzeczywistości.

Sądzę, że jest to jedna ze znamiennych, trwałych i wartościowych cech cyklu sonetów „POTEM”, które zapewne znajdą należne im miejsce w polskiej literaturze.
 

W tomie sonetów POTEM można też znaleźć przemyślenia poety na temat życia. Jest zdania, że na ogół życie codzienne jest nudne. Niemal każdego dnia człowiek staje przed dylematem, co wybrać (22.02), choć najczęściej wyboru nie ma; robi, co musi, co powinien, a jeżeli już rzeczywiście może wybierać, to wybiera mniejsze zło (4.01).

       Poeta zauważa, że w życiu niezbędna jest przebiegłość, choć nie zawsze wypada ją ujawniać (20.01). Do życia należy być otwartym, akceptować zachodzące w nim zmiany, bo na świecie nie ma nic trwałego: przemija miłość, zmieniają się słowa modlitwy, znikają granice między narodami, rodzą się nowe pojęcia kariery. Trwały jest jedynie sens życia (5.02). Człowiek musi być przygotowany na te zmiany, które czasem przychodzą gwałtownie, słuchać przestróg, by uniknąć szkód, bo i „tornado w zaciszu się zdarza” (13.02).

       Nie można też wszystkiego negować, nie jest najlepszy sposób na życie (22.02) i nie należy  mierzyć  za  wysoko,  bo  nie  każde białe jest rzeczywiście białe. Radzi ostrożność  w zawieraniu znajomości, zwłaszcza gdy jest się młodym. Potem trudno wyzbyć się tego, czym skorupka za młodu nasiąkła (15.02). Długie życie nie jest znowu takim szczęściem, gdyż stwarza więcej możliwości do robienia szkód (26.04). Życie jest pełne problemów. Ma je każdy. Tak było dawniej i tak jest dziś. Nie należy od nich uciekać, trzeba je rozwiązywać, bo do historii przechodzą ci, którzy stawili im czoła (16.04).

       Życie to także ogromny splot przeciwieństw – zauważa poeta. Często przekleństwo miesza się z modlitwą, świętość z grzechem, nostalgia z uśmiechem, ból z fantazją do lotu, fortuna z kłopotem, kolor z szarością, a wiedza nie posiada wartości – jednym słowem panuje ponadczasowy paradoks (14.03). To on właściwie rządzi światem (12.07). Dlatego życie można przeżyć różnie: z dumą, ze wstydem, strachem, ale sprawy należy nazywać po imieniu (18.05). Powiedzenie „przegrane życie „ można różnie interpretować. Może oznaczać: lata utracone, ucieczkę od świata, życie bez powabów, życie samotne, nudne, monotonne,   natomiast   powiedzenie:   „życie jest piękne”,   wprawdzie   brzmi   banalnie, a jednak takie jest, gdy ma się świadomość, że żyje się tylko raz. Dlatego, że często kończy się brutalnie i wciąż biegnie do przodu, należy się spieszyć, by coś osiągnąć, coś po sobie zostawić (1.07). Ludzie przemijają, wytwory ich działalności pozostają: po jednych pamięć, po drugich pamiątki (10.05). Ale niełatwo coś wielkiego osiągnąć, stać się znanym. Najłatwiej przychodzi udawanie kogoś, tylko że efekty  mogą być śmieszne, opłakane (4.06).

       Człowiek zawsze ma jakiś cel w życiu. Dąży do niego nieraz trudną, męczącą drogę, naraża się na cierpienia, by go zrealizować. A to co nadaje sens życiu często niesie ze sobą śmierć, tak jak woda, która jest źródłem życia, ale może też być przyczyną śmierci (21.07). Śmierć jest realną częścią życia. Zmarły odchodzi, śmierć kładzie kres jego cierpieniom, jego walce z chorobą, ale czasami jego duch wraca do podświadomości żywych i drażni ich sumienie. Jednakże żal przemija, we wspomnieniach zostaje to, co miłe, dobre (21.05).

       Poeta   wyznaje  szczerze,  że  nie  ubolewa  nad  śmiercią  bogacza,  bo gdyby się dało, z pewnością starałby się ją przekupić. Żal mu biedaka, zwłaszcza gdy ginie z czyjejś winy, jak w przysłowiu: „powiesili Cygana choć kowal zawinił”. W sonecie  nawiązuje do tragicznej śmierci Diany i Dodiego, którzy zginęli przez pijaka, a reportera okrzyknięto łajdakiem. Taka niesprawiedliwość oburza poetę (4.09). Pogrzeb księżnej Diany nazwał „zbiorowym  cyrkiem pogrzebowym”, który niejednemu posłużył do zwielokrotnienia kasy, a za trumną MATKI TERESY szedł tłum nędzarzy i święte krowy. Gdy jest się popularnym, wszystko przychodzi łatwiej. Dla skromnych nie ma raju na ziemi, jest tylko do niego tęsknota (5.09).

       Wierzy, że Bóg jest sprawiedliwy w rozdawaniu cierpień i radości z powodów tylko sobie znanych (28.07). Najczęściej człowiek nie dostrzega cudzych cierpień, ale dziwi się, gdy jego cierpienia nie są zauważane. Pragnie współczucia, ale nie znosi nadmiaru litości (11.05). Przeważnie cierpi się samotnie. Przyjaciele odwracają się, gdy się nie wiedzie, gdy nie   sprzyja   szczęście (11.05).   Odwracają   się  i wtedy, gdy wejdą na stołki. Zapominają o dawnych znajomych, nawet w małej cząstce nie narażą siebie dla nich, szczególnie swoich pieniędzy. W życiu trzeba być graczem, co jest trudniejsze od pisania wierszy (24.06).

       Najczęściej tak się zdarza, że im kto mniej wart, tym wyżej siebie ceni, ma o sobie wielkie mniemanie (24.06). Tak właśnie jest z nowobogackimi, współczesnymi dorobkiewiczami, którzy nie znają podstawowych zasad kulturalnego zachowania, a swój sukces w biznesie traktują jako przepustkę do tzw. wielkiego świata. Brak im ogłady, są pyszałkowaci, egoistyczni. Uważają, że wystarczy włożyć drogi garnitur, by stać się kimś innym (18.11). Uznania nie zdobywa się posiadaniem markowych rzeczy (10.06). Owszem, człowiek zawsze powinien równać „w górę”, nie „w dół”, tylko ze często takich nazywa się nienormalnymi. Normalnością jest niewychodzenie do przodu, niewyróżnianie się w tłumie. Uważa, że należy żyć zwyczajnie, praktycznie, życzliwie, czyli po prostu „sympatycznie” (29.08). Wszelki nadmiar jest szkodliwy. Z życia należy brać tyle, ile trzeba (9.09). Człowiek powinien wszędzie czuć się dobrze, być dla siebie panem niezależnie od miejsca pobytu, zamieszkania czy urodzenia (16.09). Jeśli człowieka dręczy niepokój, a zwłaszcza gdy powód nie jest znany, wówczas życie staje się koszmarem i nie można normalnie żyć. 

       Z przytoczonych wyżej wypowiedzi autora zawartych w sonetach tomu POTEM wynika, że JSS bacznie obserwuje życie i wyciąga właściwe wnioski. Swoimi przemyśleniami dzieli się z czytelnikiem, a są to przemyślenia doświadczonego człowieka, który wie, co dobre, a co w życiu złe. Skłaniają do refleksji, co stanowi o ich wartości.

       W sonecie „19 czerwca” m.in. znajduje się taki wers: „w sonetach są wasze portrety”. To prawda.  Rzeczywiście  kreśli  w nich  portrety  różnych  współczesnych;     wielkich i znanych, zwyczajnych i normalnych. Uważam, że sonety są przede wszystkim portretem samego poety – Jana Stanisława Skorupskiego, bowiem odsłaniają jego przebogate wnętrze, nietuzinkową „nienormalność”, szeroki świat zainteresowań.    Są zwierciadłem jego doznań i przemyśleń na temat różnych sfer życia i działalności człowieka, mieszczą w sobie przesłania  prawd  ogólnoludzkich i ponadczasowych, ważnych w życiu każdego człowieka, z każdej epoki. W tym widzę ich trwałą wartość.

       Analizowane oddzielnie, wyrwane z całości tomu mogą sprawiać trudności w odbiorze ze względu na wielowątkowość poszczególnych sonetów, także prowadzić do błędnych interpretacji. Lecz jeśli podejść do analizy od strony tematyki, co starałam się uczynić, to okazuje  się,  że  są  jasne,  klarowne,  bo wyraźnie wskazują, co (lub kogo) poeta akceptuje, a czego (lub kogo) nie, jakie ma zdanie na ten czy inny temat, co go interesuje, a na co nie zwraca uwagi, co sprawia mu radość, a co złości, oburza itd. Rozpatrywane w całości zbioru zyskują na przejrzystości poruszanej tematyki, analizowane pojedynczo – tracą.

       Komentarz swój starałam się ograniczyć do minimum, bo uważam, że poezja JSS potrafi obronić się sama. Wystarczy wskazać do niej drogę przez poznanie osobowości poety, co było moim  zamierzeniem i co starałam się uczynić. Jak zaznaczyłam na początku, interesowałam się jedynie sonetami z tomu POTEM. Wiem, że nie zawierają pełnej wiedzy o JSS jako o poecie i człowieku. Ponadto pisane w określonym czasie nie stanowią argumentu na potwierdzenie, że JSS na dany temat ma tylko takie zdanie. Prawda jest taka, że bardzo często ten sam problem w różnym okresie był przez niego inaczej interpretowany i oceniany, bo życie weryfikowało poglądy poety. Dociekliwych odsyłam do sonetów zawartych w tomach: AKURAT, TEMPO, CHOCHOLENIE, a także w księdze internetowej SONETADA http://www.skorupski.com/sonetada . Tam znajdą uzupełnienia do biografii i do portretu poety.

                                                                                                              Czesława Lachut